wtorek, 14 lipca 2015

Rozdział 36 : Szpital psychiatryczny w Feyn

- Nimfadoro Rosalie Rosengard, naprawdę masz nas za totalnych idiotów? - spytała Victoria, zakładając ręce na biodra.
Razem z Mattem stali nade mną - symulującą w różowym pajacyku chorobę - i posyłali mi protekcjonalne, ale i zmartwione spojrzenia.
Mimo wczorajszego "incydentu" z apelem i Verissetem, lekcje miały odbyć się normalnie. Jednakże chyba nie trudno się domyślić, że po okropieństwa dnia poprzedniego średnio uśmiechało mi się udawanie towarzyskiej, pisanie testu z niemca i fikanie koziołków na wuefie.
- Nie wiem, o co ci chodzi - wybełkotałam, między jednym sztuczny atakiem kaszlu a drugim.
W tym momencie wspomnę, że tak przypadkiem zapomniałam wspomnieć o swoim naznaczeniu... No bo jak niby miałam to zrobić? Podejść do Vicky i rzucić tekstem w stylu: "Słuchaj, mam niezłego newsa. Nigdy nie zgadniesz kogo Verisset wybrał sobie na kolejną ofiarę. Tak, mnie, kurcze jednak zgadłaś. Moja dobra rada, zacznijcie z Mattem rozglądać się za pogrzebową wiązanką, bo potem może nie być na to czasu".
- Jeśli nie chcesz iść do szkoły po tym, co się stało, po prostu powiedz. Nam nie musisz ściemniać - powiedział Matt, siadając na skraju mojego łóżka. Z jego niebieskich oczu biła troska tak wielka, że wprawiała w swojego rodzaju zakłopotanie.
- Niech wam będzie - kapituluję, odrzucając kołdrę. Wyprostowana i z dumną mimo wszystko miną wywieszam w myślach białą flagę. - Nimfadora urządza sobie wagary.
- Wiedziałam. - Victoria poprawiła Mattowi koślawo zawiązany krawat, będący częścią mundurka. Swoją drogą, w tej niebieskiej marynarce wygląda całkiem przystojnie, to trzeba Hillsowi przyznać. - Nie można było tak od razu?
- Właśnie - wtrąca się Matt. Poprawia przewieszony przez jedno ramię plecak, po czym nerwowo zerka na zegarek. - Słuchaj, Nim. Zaraz zaczynają się lekcje, a muszę jeszcze zajść do sekretariatu. Przesłuchanie i moralizatorską pogadankę o tym, jak nieładnie kłamać przyjaciołom, zachowam na potem. - Przez jego usta przemknął figlarny uśmiech. Szybko jednak zniknął. Ostatnimi czasy w Dark nikomu nie było do śmiechu. Dawno nie czułam się tak podle.


- Dobrze, dobrze - wymruczałam, obracają się plecami do nich. - Nie bierzcie tego do siebie, ale tak właściwie to moglibyście już iść.
- Kochana - żachnęła się Victoria, po czym ruszyła do drzwi, a Matt za nią. Zanim jednak zdążyła położyć dłoń na klamce, rozległo się dobrze mi znajome pukanie, naśladujące dżingiel doktora Dundersztyca z Fineasza i Ferba. Iwanow.
- Nie! - syknęłam ledwo słyszalnie.
- Nie? - Matt wydawał się zdezorientowany. - Czemu?
- Bo to Dimitry, a aktualnie nie mam ochoty z nim gadać. Wyjdźcie i powiedzcie, że nie mogłam w nocy spać. Źle się czuję, odsypiam i tak dalej, i tak dalej - mówiłam najciszej jak potrafiłam, byleby tylko wyczulony słuch Dimitriego nie zarejestrował moich słów.
Nie myślcie tylko, że coś do niego miałam albo że coś zrobił, nie... po prostu... spotkanie z nim po wczorajszym nie wydawało mi się najlepszym pomysłem. Pytałby ciągle, jak się czuję, starałby się mnie uspokoić, podnieść na duchu i chwała mu za to, lecz nie tego potrzebowałam. Wiedziałam, że słowa nie poprawią naszej sytuacji. Wręcz przeciwnie, jeszcze dotkliwiej uświadomią jej beznadziejność.
Matt zdobył się na krótkie "aha" i zrobił to, o co prosiłam. Na chwilę zanim zakopałam się z powrotem w kołdrze, dostrzegłam błysk zadowolenia w oczach Victorii. A w każdym razie tak mi się wydawało. Nie jest tajemnicą, że Vicky nie trawi ani Iwanowa, ani reszty, więc niewątpliwie myśl o tym, że być może zaczęliśmy się od siebie oddalać, bardzo ją cieszy.
Dimitry chyba posłuchał, bo po wyjściu Matta i Victorii nikt już nie wszedł do pokoju (nie licząc Judith, pomocy domowej, która przyszła posprzątać, a ostatecznie skończyła parząc mi gorącą herbatę i mierząc temperaturę). Gdy w końcu zostałam sama na dłużej, poszłam się umyć i ubrać. Prawie dostałam zawału, kiedy wychodząc z łazienki, dostrzegłam siedzącą na moim łóżku postać.
Wydałam z siebie cichy okrzyk, odruchowo łapiąc się za serce. Czarne oczy Dimitriego nie przestawały wpatrywać się we mnie z uwagą. Twarz miał ściągniętą. Przez chwilę bałam się, że usłyszał to, co powiedziałam Vicky i Mattowi, ale nawet jeśli tak.się stało, nie dawał tego po sobie poznać.
- Zdravstvuyte.
- Cześć, co tu robisz? - spytałam, wrzucając zmiętą piżamę pod poduszkę.
- Nie przyszłaś na lekcje. Bałem się, że coś ci się stało - odpowiedział cicho, po czym rozpiął czerwoną marynarkę Historii i cisnął ją na podłogę. W odpowiedzi na moje pytające spojrzenie, wzruszył tylko ramionami. - Gorąco tu jak w piekle.
- Myślałam, że wampiry nie odczuwają ni zimna, ni gorąca.
- Bo tak jest. Po prostu czuję, że gdybym czuł, to byłoby mi gorąco. - Jego usta wygięły się w ironicznym uśmiechu.
Przewróciłam oczami. Chyba logika tego osobnika już na zawsze pozostanie dla mnie zagadką.
- Tak czy inaczej, chyba nie myślisz, że Verisset dobrowolnie skróciłby sobie zabawę i zabił mnie już dzień po naznaczeniu. Raczej nie jest tak "litościwy". Im dłużej się boimy, tym lepiej. Sam tak kiedyś powiedziałeś. - Usiadłam koło niego, podciągając kolana pod brodę.
- Chyba masz rację - przyznał, zerkając na mnie kątem oka.
- Poza tym, sądzę, że skoro Mick i Elena zginęli razem, to pewnie i dla nas Verisset przygotował coś podobnego.
Ciało Dimitriego napięło się jak cięciwa łuku na chwilę przed oddaniem strzału. Jego twarz momentalnie stężała.
- Tylko że my nie zginiemy. Nie ma takiej opcji, słyszysz? - wycedził przez zaciśnięte zęby.
Słysząc zacięcie w jego głosie, desperacką próbę uwierzenia w swoje własne słowa, poczułam nieprzyjemny ucisk w środku. Zupełnie jakby moje wnętrzności postanowiły utworzyć nowy węzeł gordycki.
- Tak. Masz rację - westchnęłam, spuszczając wzrok.
Przez chwilę cisza zawisła między nami jak katowski miecz nad szyją skazańca.
Właściwie wszystko już zostało powiedziane. Teraz trzeba brać się do roboty i uważać na głowy.
- Wiedziałaś, że Matt odchodzi z Dark High? - wypalił ni stąd, ni zowąd Dimitry.
- Co takiego?! - Nie mogłam zobaczyć swojej miny, ale byłam pewna, że takiego wytrzeszczu dawno nie miałam. Pomijając, rzecz jasna, moment, w którym mój stary dobry kumpel Verisset przyszedł do mnie pod postacią nowego dobrego kumpla Toma. - Skąd to wiesz?
- Kiedy przed fizyką uciekałem po całej szkole przed Cynthią, która znów próbowała dobrać się do moich ust, natknąłem się na niego i Victorię. Właśnie wychodził z sekretariatu z plikiem papierów w dłoni.
Fakt, Matt miał tam zajść coś załatwić (najwyraźniej nie zdążył przed lekcjami), ale nie przypuszczałam, że chce się wypisać!
- Spytałem go jeszcze, wiesz, tak dla pewności, czy zmienia szkołę, a on powiedział, że tak - relacjonował dalej Iwan. - Bąknął coś o tym, że w nie wytrzyma w tym wariatkowie ani chwili dłużej i że tanecznie może rozwijać się w dowolnym miejscu w Stanach. O, i prosił, żebym ci na razie nic nie mówił
- Nie wierzę, że to przede mną ukrywał. - Pokręciłam głową. Victorii musiał powiedzieć, skoro razem odbierali dokumenty. Jego współlokator pewnie też został już powiadomiony... Tylko ja jak zwykle dowiaduję się o wszystkim ostatnia.
- Pewnie czekał na odpowiedni moment...
- Odpowiedni moment? - prychnęłam. - Ciekawe, kiedy ten odpowiedni moment miały nastąpić. Skoro zabrał już dokumenty, to pewnie najdalej w weekend rodzice po niego przyjadą. Kiedy ma być ten odpowiedni moment?! Jak będzie pakował walizki do bagażnika, wtedy łaskawie sobie o mnie przypomni?! - Ostatnie słowa powiedziałam chyba za głośno, dużo za głośno. Gdy usłyszałam kroki na korytarzu, przestraszyłam się, że zaraz wpadnie tu zaaferowana Judith lub, co gorsza,  opiekun domu pan Darcy i zacznie wypytywać, co się stało.  Szybko zamilkłam i nasłuchiwałam, dając Dimitriemu znak, żeby schował się do łazienki (nawet nie ruszył się z miejsca). Na szczęście po chwili kroki zaczęły się oddalać. Odprężyłam się nieco.
- Uspokój się, Nim - poprosił łagodnie, podchodzą do mnie. Nawet nie zauważyłam, kiedy poderwałam się z łóżka i w złości zaczęłam krążyć po pokoju. Dimitry splótł palce obu dłoni z moimi. Patrzył na mnie tymi swoimi dużymi czarnymi oczami, tak starymi i tak młodymi zarazem. Nie wiedziałam, czy to prawda, czy złudzenie, ale przez chwilę wydawało mi się, iż dostrzegłam w nich prośbę. Niemą, cichą... nie miałam jednak pojęcia jaką. - Jeśli mogę być z tobą szczery, wcale mu się nie dziwię. Nie on jeden odchodzi. Gdyby nie trzymały mnie tu obowiązki, najchętniej też bym się stąd ewakuował. Mam wrażenie, że każdy dzień w D.H. przybliża mnie do wykupienia turnusu wczasowego w szpitalu psychiatrycznym.
Wtedy doznałam olśnienia. Po prostu czułam, jak nad moją głową rozbłyska żarówka.
- Dimitry, jesteś genialny! 
- Się rozumie. - Wypiął dumnie pierś. Zaraz jednak zmarszczył brwi. - Tylko nie za bardzo wiem, czym zabłysłem tym razem. Jakbyś mogła wytłumaczyć... - poprosił przesłodkim tonem.
- Psychiatryk, to jest to! - potrząsnęłam nim lekko, żeby go otrzeźwić.
- Nim, kochanie, jeszcze nie jest ze mną aż tak źle, ale dziękuję za troskę.
- Och, nie o to chodzi! Czy ty niczego nie rozumiesz? - Podeszłam do laptopa Vicky i szybko go odpaliłam. W takich momentach cieszyłam się, że nie miała hasła. - Pamiętam, jak w D.H. dopiero zaczynało się kotłować i Victoria zbierała informacje dla Claire. To wtedy ustaliła, że ataki odbywają się tylko w rocznice poprzednich ataków. Pamiętasz?
- Tak, ale dalej nie za bardzo wiem, do czego zmierzasz... - powiedział, stając za mną. Patrzył, jak z uporem godnym lepszej sprawy szukam czegoś w jej zakładkach.
- Victorii udało się też wtedy dowiedzieć, że w jednym z pobliskich szpitali psychiatrycznych przebywa jedyna żyjąca ofiara Verisseta. O, patrz. Tu jest ten artykuł. Chyba wam kiedyś o tym wspominałam.
Odchyliłam się na krześle w bok, żeby mógł przeczytać
W miarę jak oczy Dimitriego skakały po tekście, uśmiech na jego twarzy się powiększał.
- Myślisz o tym samym, co ja? -spytał, przenosząc spojrzenie na mnie.
- Możemy tam pojechać. Jemina Northwood na pewno powie nam co nieco o swoim oprawcy.
- A jeśli nie dowiemy się niczego nowego, przynajmniej utwierdzi nas w przekonaniu, że Verisset potrafi zmieniać formę.
- Albo zaprzeczy - dopowiedziałam.
- Nie może zaprzeczyć, bo wtedy okazałoby się, że mamy nie jednego Verisseta, tylko dwóch, i, co gorsze, jednym z nich jest Tristan.
- A drugim Tom. - Już samo wypowiedzenie jego imienia przyprawiło mnie o dreszcz. Wspomnienie czarnych zimnych jak u gada oczu, utkwionych we mnie...
- Jak daleko stąd jest ten szpital? - spytał szybko Dimitry.
- Niedaleko. Kilka kilometrów na wschód od Dark. Możemy jechać nawet teraz. - Zamknęłam laptopa. - Czekaj, chwila... Tris i Nef są na lekcjach. Musimy najpierw ich tu ściągnąć.
- Nie musimy. Tristan i Nefertari właśnie negocjują z Morganami warunki współpracy. Lepiej im nie przeszkadzać. Poza tym, nie powinniśmy zostawiać szkoły bez opieki. Jakoś nie ufam Łowcom, ale moim pijaweczką tak. - Iwanow skrzywił się na sam dźwięk słowa "łowca". Zastanawiałam się, czy przypomniał sobie swój ostatni pojedynek z Alexem.
- No dobra, to w drogę - zakomenderowałam, chwytając przewieszoną przez krzesło kurtkę. Szybko zarzuciłam ją na siebie. - Zaparkowałeś pod waszym Internatem, tak?
- Dalej nie chciałby mi się chodzić - zamruczał, wyciągając z kieszeni kluczki. - Jedno małe pytanko - zaczął, mierząc mnie od stóp do głów rozbawionym spojrzeniem - zamierzasz jechać do Feyn w różowym dresie z uszami królika na kapturze? Nie chcesz się może przebrać?
- Nie mamy czasu. Są rzeczy ważne i ważniejsze - rzuciłam, machnąwszy niecierpliwie dłonią.
- I to jest prawidłowe nastawienie - powiedział, unosząc kciuk. - Pamiętaj tylko, że w tym stroju masz większe szanse, że ciebie tez tam zamkną.
- W razie czego będziesz miał okazję zabawić się w mojego rycerza - odparłam przewrotnie, otwierają drzwi. Kiedy Dimitry wyszedł, szybko przekręciłam klucz i ruszyliśmy do wyjścia.
- Phi, jeszcze czego. Będę pierwszą osobą, która cię tam zostawi, a potem z czystym sumieniem pojedzie na polowanie.
- Kochany - prychnęłam. Byliśmy już na zewnątrz. Poszukiwanie hondy Iwanowa uważam oficjalnie za rozpoczęte. Miałam nadzieję, że Dimitry pamięta, gdzie zaparkował, i oszczędzi nam tym samym kluczenia po parkingu, bo było naprawdę zimno. Mimo bluzy i kurtki czułam, że zaraz zacznę szczękać zębami. - Współczuję twoje ostatniej dziewczynie.
- Dziewczyna? Proszę cię, zapominałem już, jak to jest być w związku  - przyznał, robiąc minę zbitego psa. - Jest i nasza kareta - zaanonsował, naciskając przycisk na kluczykach. Samochód zapikał i zamrugał światłami, sygnalizując gotowość do drogi. Dimitry wpuścił mnie do środka, a potem sam wsiadł.
- Niemożliwe - stwierdziłam, zapinając pasy. - Kiedy ostatnio z kimś byłeś? I nie, znajomości na jedną noc się nie liczą.
Dimitry milczał przez chwilę, w pełni skupiony na tym, by w nic nie uderzyć, cofając. Odpowiedział dopiero, gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu na drogę.
- Francja, druga połowa XVII wieku. Anabelle Marie. - Nie wiem, kim był ta dziewczyna, ale jej imiona wymówił prawie z nabożną czcią, zupełnie jakby recytował słowa modlitwy. Nim zdążyłam coś powiedzieć, kontynuował.- Co prawda po niej była jeszcze jedna, ale to nie była prawdziwa miłość. Katherine Elizabeth kochała nie mnie, tylko moje pieniądze, a Anabelle...
Chociaż głos Dimitriego złamał się na chwilę, przytłoczony wspomnieniem dawnej ukochanej, to jego twarz rozjaśnił uśmiech. Uśmiech, jakiego nigdy u niego nie widziałam - wyrażający głębokie wzruszenie, zmieszane z czułością i dumą. Podobny widywałam na twarzy swojej mamy, kiedy jako dziecko recytowałam jej wierszyki własnego autorstwa.
- Jaka ona była? - spytałam.
- Wspaniała - odpowiedział bez chwili wahania. Kiedy na moment odwrócił wzrok od drogi, by spojrzeć na mnie, zobaczyłam, że jego oczy lśnią. - Mądra, zabawna, łagodna... piękna i niezwykle utalentowana. Oddałbym cały swój majątek, by jeszcze raz ją zobaczyć albo chociaż usłyszeć, jak gra na pianinie.
Przyłapałam się na tym, że sama również zaczęłam się uśmiechać, słysząc rozmarzenie w jego głosie.
- Też jest taka jak ty? To znaczy...
- Była śmiertelna. - Ton Dimitriego jednej chwili zmienił się z błogiego na lodowaty, ostry... Zaczęłam żałować, że zadałam to pytanie. - Prosiła, bym ją przemienił, a ja nawet chciałem to zrobić, ale nie zdążyłem.
Palce wampira zacisnęły się kurczowo na kierownicy, wbił w nią paznokcie, a jego ciało zesztywniało.
Nie musiałam zadawać kolejnych pytań, by wiedzieć, co się stało. Umarła. Anabelle umarła, dlatego nie zdążył jej przemienić. Nie miałam wątpliwości, że musiał ją bardzo kochać. Zdziwiło mnie tylko to, że ból Dimitriego zdawał się być tak wielki, jakby odeszła zaledwie wczoraj, a nie ponad trzysta lat temu. Myślałam, że czas leczy rany. Jak widać nawet od tej reguły jest wyjątek. W sercu poczułam  ukłucie zazdrości. Chciałabym, aby kiedyś i mnie ktoś tak pokochał.
- Podziwiam was. - Mój stłumiony  głos przeciął milczenie. - Ciebie, Tristana i Nef.
- Nas? - zdumiał się. - Niby za co?
- Jesteście silni i wcale nie mam na myśli siły fizycznej. Ja chyba bym nie potrafiła żyć ze świadomością, że prędzej czy później wszyscy, na których mi zależy, odejdą, a ja będę musiała patrzeć, jak umierają. - W miarę, jak mówiłam, słowa stawały się szeptem.
- Nieśmiertelność ma wartość, tylko jeśli z kimś ją dzielisz.
Jechaliśmy przez miasteczko Dark, mijając kolorowe domy. Pierwsze krople deszczu zaczęły rozbijać się o przednią szybę.
- Ale nawet wtedy jest ona wątpliwa - dodał zaraz.
Nie wiedziałam, co powinnam na to odpowiedzieć. Pocieszyć go? Szukać plusów życia bez końca? A może przyznać rację?
- Nie myślałeś kiedyś o tym, by opłacić jakiegoś czarownika, żeby zmieniłby cię z powrotem w człowieka?
Dimitry zaśmiał się krótko, bez cienia wesołości.
- Życie to nie bajka, Nim. Nie istnieje żadna czarodziejska różdżka, która w magiczny sposób spełnia  twoje marzenia i zabiera troski. Nawet w świecie pełnym magii i nadprzyrodzonych istot nie wszystko jest możliwe.
- Nefertari się udało - przypomniałam. - Co prawda nie koniecznie z jej własnej woli, ale liczy się sam fakt, że musi istnieć jakieś zaklęcie, skoro stała się człowiekiem...
- Nim, proszę cię - przerwał mi najwyraźniej zmęczony tą rozmową. - Wiem, że chcesz dobrze, ale to na nic. Na próżno odwiedzałem najpotężniejszych czarnoksiężników ostatnich stuleci. Żaden z nich nie znał odpowiedniego czaru. Ten, który ludzie Veriasseta rzucili na Nef, z daleka cuchnie czarną magią. - Ręka Dimitriego powędrowała do dźwigni zmiany biegów, a potem do przycisku uruchamiającego wycieraczki. - Od czasu procesu sztokholmakiego Salenici ciągle patrzą mi na ręce. Niby mi płacą, niby od złożenia ślubów jestem pełnoprawnym bratem, ale w oczach wielu wciąż pozostaję groźnym skazańcem. Nikt nie zapomniał przecież, w jaki sposób znalazłem się w Zakonie.
- To niesprawiedliwe - obruszyłam się. Owinęłam się szczelniej kurtką. Dimitry widząc, że mi zimno, włączył  ogrzewanie. Nareszcie! Wcześniej jakoś nie było odpowiedniego momentu, żeby go o coś prosić. Kiedy rozmawialiśmy o tej całej Anabelle... Sami rozumiecie. - Przecież od tak dawna jesteś czysty. Ile to już lat, przypomnij?
- Dwieście dwadzieścia dwa, licząc od wstąpienia.
-  No właśnie! Skoro od tak dawna nikomu nie zrobiłeś krzywdy i jesteś już zupełnie inną osobą, to czemu nie puszczą tamtego w niepamięć? Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby inne wampiry przed dołączeniem do Salanitów były takie święte... 
- Historii pisanych krwią nie idzie zapomnieć - powiedział ledwo słyszalnie, nie odwracając wzroku od jezdni. - Są głęboko wyryte w świadomości ludzi, jak hieroglify na kamiennych grobowcach.
I na tym nasza rozmowa się skończyła. Resztę drogi przemierzaliśmy w ciszy. Tylko kilka razy z naszych ust padła jakaś luźna, nic nieznacząca uwaga. O pogodzie, o odległości, a nawet o szkole. Widziałam, że jego dłoń parę razy odruchowo wędrowała do schowka, w którym trzymał awaryjną paczkę marlborosów, ale za każdym razem, kiedy już miał po nią sięgnąć, cofał ją gwałtownie. Ledwo się powstrzymywał, chyba nie chciał palić przy mnie.
- Jesteśmy na miejscu - powiedział.
Przed nami piętrzył się posępny budynek o ścianach w kolorze chorobliwej zieleni i płaskim dachu. Przed nim znajdowała się wielka biała (i pogryzmolona przez tutejszą gówniarzerię) tablica z napisem: "Szpital leczenia psychiatrycznego imienia Elise White w Feyn".
- Na to wygląda.
Dimitry wjechał na podjazd i zaparkował samochód. Kiedy wysiedliśmy, wiatr zaczął chłostać nas po twarzach.
Szybko ruszyliśmy do drzwi. Nie wiedzieć czemu, główne był zamknięte, więc musieliśmy rozejrzeć się za tylnymi.
Kiedy nareszcie udało nam się dostać do szpitala, zaczęła się gra w chowanego z recepcjonistką. W recepcji, jak nazwano stary rozklekotany kontuar, nie było nikogo. Nieopodal  znajdywała się bardzo prowizoryczna poczekalnia złożona z dwóch kanap, zdających się pamiętać jeszcze czasy drugiej wojny światowej, i małego śnieżącego telewizorka, stojącego samotnie w kącie.
- Upiornie tu - powiedziałam, rozglądając się dookoła. W taki pochmurny dzień jedyne źródło światła stanowiły przepalające się w plastikowym żyrandolu żarówki.
- Upiornie to mało powiedziane. Nie chcę cię straszyć, ale obejrzałem wystarczająco dużo sezonów Teen Wolfa, żeby wiedzieć, że jak nic za chwilę wyskoczy nam tu jakiś wilkołak alfa czy inna rozkoszna bestyjka.
- Ja oglądałam ostatnio Ring. Jak tak patrzę na ten telewizor i kasety obok, dochodzę do wniosku, że to nie był najlepszy pomysł.
Dimitry zaśmiał się krótko.
- Nawet nie wiesz, ile bym dał, żeby Daenerys potrafiła wychodzić z ekranu jak Sarmara. Albo chociaż Cercei...
- Znów Gra o tron? - spytałam znudzona, unoszą brwi.
- Tak. - Uśmiechnął się szeroko.
Wtedy za naszymi plecami rozległ się skrzekliwy kobiecy głos.
- A państwo tu czego szukają?
Aż podskoczyłam. Odwróciliśmy się pospiesznie. Naszym oczom ukazała się pielęgniarka w średnim wieku, ubrana w zielonkawy kostium. Mulatka. Właśnie wyłoniła się zza jednych ze starych drzwi, ciągnących się wzdłuż całego korytarza
Szarawe oczy miała tak szeroko rozstawione, że przywodziła na myśl płaszczkę, a czarne afro prawie tak bujne jak włosy na jej łydkach.
A niech cię, Iwanow, pomyślałam. Masz i swojego wilkołaka.
- Em...  Przyjechaliśmy odwiedzić ciocię - powiedziałam szybko, wymieniając z Dimitrim porozumiewawcze spojrzenia. - Jemina Northwood, kojarzy ją może pani?
- Ach, stara Northwood. Jak mogłabym jej nie kojarzyć? - odparł monotonnym tonem, sadowiąc się na starej kanapie.  - Nigdy nie wspominała, że ma tu rodzinę... - przypomniała sobie nagle. Kobieta zaczęła świdrować nas swoimi przerażającymi ślepiami. - Przez tyle lat nikt nie przyszedł do niej z wizytą i nagle pojawiacie się wy. To trochę dziwne, nie sądzicie?
- Faktycznie, nie ma na miejscu rodziny. Mój tata, a jej brat wyjechał jeszcze za młodu do Rosji, do pracy, i tam już został. W sumie to zostaliśmy jej tylko my... a że z Rosji daleko...sama pani rozumie. No ale skoro już jestem, postanowiłem wpaść z wizytą - powiedział Dimitry tak łamaną angielszczyzną, że aż czułam, jak krwawią mi uszy. W dodatku nie próbował nawet ukryć wschodniego akcentu. Szybko domyśliłam się, w co on pogrywa i postanowiłam dołączyć.
- Powiedzmy, że ci wierzę, chłopcze - zaskrzeczała pielęgniarka. Zaraz po tym zwróciła się do mnie. - A ty co tu robisz? Na Rosjankę ani nie wyglądasz, ani nie brzmisz. - Jej usta wykrzywiły się w pełen wyższości uśmiech. - Jeśli jesteś tu dla towarzystwa, to nie wejdziesz. Tylko najbliższa rodzina.
- Jestem tłumaczką. Bratanek pani Northwood nie mówi zbyt dobrze po angielsku. Bał się, że nie zrozumie cioci, więc poprosił mnie o pomoc.
- Tak - przytakną Dimitry
Muszę przyznać, że kaleczenie języka nawet nieźle mu wychodziło. Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby ktoś zrobił błąd w słowie "yes". Z "jes" zrobiło się "iezz". O dziwo brzmiało to całkiem naturalnie. Gdybym go nie znała, chyba dałabym mu się nabrać.
- Ech, niech wam będzie. - Kobieta machnęła ze zniecierpliwieniem ręką. - Pokój trzydziesty szósty.
- Spasibo - podziękował Dimitry - To znaczy dziękuję - dodał już po angielsku, uśmiechając się przymilnie.
"Fank jiu".
Taaa...
Ruszyliśmy korytarzem we skazanym przez pracownicę alfa kierunku. Po paru minutach znaleźliśmy się pod drzwiami numer trzydzieści sześć. Pielęgniarka zniknęła prawie tak szybko, jak się pojawiła.
- No to czas odwiedzić cioteczkę Jeminę. - Dimitry zatarł ręce. Jego oczy błyszczały podekscytowaniem.
Mówił już normalnie.
- Oby tylko powiedziała nam coś istotnego - westchnęłam i nacisnęłam delikatnie metalową klamkę. Weszliśmy do pokoju.
Wewnątrz, pomiędzy zakurzonymi szarymi meblami i chorobliwie białymi ścianami, z których łuszczyła się farba, tyłem do nas na swym bujanym fotelu siedziała "cioteczka".
- To chyba jeszcze nie pora na leki, Auguscie - powiedziała odległym głosem, gdy usłyszała trzeszczenie drewnianego linoleum.
- To nie Augustus - odparłam łagodnie, przymykając drzwi. Jak się domyślałam, z tej strony nie było klamki.
Jemina odwróciła się gwałtownie i dopiero wtedy mogliśmy ujrzeć jej twarz. Nie wiedziałam, ile dokładnie ma lat, ale wyglądała naprawdę staro. Ciemne cienie pod oczami, głębokie zmarszczki na czole i w okolicy ust, czarne włosy już były bardziej szare niż rzeczywiście czarne. Miała na sobie rozciągnięty różowy sweter i popielatą spódnicę sięgającą kostek.
- Kim jesteście?! - spytała wystraszona, podrywając się z miejsca. - To ON was tu przysłał, prawda? TAK CZY NIE?! Odpowiadajcie!
- Proszę się uspokoić. Nikt nas nie przysłał - powiedział spokojnie Dimitry, podchodząc bliżej. - Nazywam się Sergiej Morozow, a to moja przyjaciółka Stephanie Martin. Chcieliśmy z panią porozmawiać.
Fałszywe nazwiska to w sumie całkiem niezły pomysł. Ściany mają uszy, a przecież nie możemy mieć pewności, że wśród personelu nie ma któregoś z popleczników Verisseta.
- Porozmawiać? Ale o czym? - Jemina uspokoiła się nieco. Oplotła się ciaśniej ramionami.
- Nazywa się pani Jemina Northwood i była pani kiedyś uczennicą Dark High, czyż nie? - Odsunęłam krzesło przy małym stoliczku i usiadłam na nim.
Dimitry oparł się o ścianę.
Ciało kobiety momentalnie znieruchomiało. Stała się czujna jak dzikie zwierze.
- Tak, ale nie chcę do tego wracać - odparła lodowato.
- Ale tylko w ten sposób może nam pani pomóc - nie ustępował Dimitry.
- Kto powiedział, że w ogóle chcę wam pomóc? - spytała, odwracając się do okna. Patrzyła w zadumie na sunące po niebie ołowiane chmury i rosnące nieopodal świerki. Ich gałęzie kołysały się coraz mocniej na wietrze. W oddali dostrzegłam błysk, a zaraz potem usłyszałam grzmot. Świetnie. Jeszcze tylko burzy na brakowało. - Przecież nawet was nie znam.
- Nie zna pani też pozostałych trzystu uczniów Dark High, ale nie przeszkadza to pani uratować im życia - powiedziałam, mimowolnie ściszając głos. Kiedy nie doczekałam się żadnej reakcji ze strony Jeminy, wymieniłam spojrzenia z Dimitrim i kontynuowałam. - Niech pani posłucha. Wiemy z Sergim przez kogo pani się tu znalazła. Wiemy też, że on powrócił do Dark. Już są pierwsze ofiary. Jeśli pani nam nie pomoże, zginą kolejne osoby.
Jeśli nam nie pomożesz, my będziemy następni, dodałam w myślach, lecz nie miałam odwagi powiedzieć tego na głos. Jak na zawołanie znak na karku zaczął mnie piec.
W sumie nie wiem, jakiej reakcji się spodziewałam. Że od razu zmieni nastawienie? Że dalej będzie obstawać przy swoim? A może, że dreszcz, który przeszedł jej ciało na samo wspomnienie Verisseta, przerodzi się w atak paniki? Nie mam pojęcia. Nie stało się jednak nic z tych rzeczy. Jemina milczała.I tylko milczała. Stała tylko nieruchomo, nie odwracając wzroku od okna. Granatowe niebo przeciął kolejny błysk, a martwą ciszę zmiażdżył grzmot.
- Pani Northwood... - zaczął Dimitry, jednak nie doczekał się odpowiedzi. 
- Bardzo nas pani zawiodła, ale cóż. Niewykluczone, że niebawem będzie miała tu pani towarzystwo. Oczywiście zakładając, że następnym ofiarom także się poszczęści - powiedziałam i podniosłam się z miejsca. Rękoma przygładziłam ubranie.
Zrezygnowani już mieliśmy ruszyć do drzwi, kiedy nagle w powietrze wzbił się niepewny szept, tak cichy jak trzepot flagi w wietrzny dzień.
- Zaczekajcie.
Odwróciliśmy się gwałtownie.
-Więc powie nam pani, co wie? 
- Tak, Stephanie, choć nie wiem, czy w jakikolwiek sposób wam się to przyda - odparła Jemina, spoglądając na nas wielkimi wylęknionymi oczami. Rozejrzała się nerwowo po pokoju i szybkim krokiem podeszła do łóżka. Obserwowaliśmy z wyczekiwaniem, jak klęka na ziemi i zagląda pod nie, jak czegoś szuka. Po chwili wyprostowała się z miną wyrażającą smutny triumf i uniosła maleńką czarną skrzyneczkę. Dyktafon. Podeszła z nią do Dimitriego.
- Czy mógłbyś, chłopcze? - poprosiła. Wampir niepewnie przejął od niej urządzenie i położył je na podłodze. 
- Nie. To nic nie da - szepnęła Jemina, powstrzymując Dimitriego przed zdeptaniem dyktafonu. Za pomocą gestów dała mu znak, by zmiażdżył go w dłoniach.
Iwanow zrobił zdumioną minę i cofnął się o krok.
- Czemu pani mnie o to prosi? Nie jestem kulturystą, nie mam siły...
- Przede mną nie musisz udawać - powiedziała, posyłając mu znaczące spojrzenie. - Ani ona - skinęła na mnie, a ja poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Skąd? Skąd mogła wiedzieć?  Widząc nasze zmieszanie, dodała jeszcze ciszej. - Nie musicie się bać. Was sekret jest bezpieczny.
Jemina schyliła się i podała Dimitriemu dyktafon. Wystarczyło, że raz zacisną na nim palce, a z metalowej skrzyneczki, w którą byli wbudowane urządzenie, pozostała miazga. Dyktafon wyglądał jak zgnieciona i skręcona plastikowa butelka. Kiedy tylko to się stało, twarz Jeminy rozjaśnił szeroki uśmiech. Przejęła od niego szczątki urządzenia i cisnęła je w kąt.
- Bardzo ci dziękuję. Odkąd zaczęłam rozmawiać z Samuelem, co chwila któraś z pielęgniarek ma mnie na linii. Słucha, z kim rozmawiam, myśląc, że nie mam o tym pojęcia.
- Skąd pani wiedziała? - spytałam; słowa ledwo przechodziły mi przez ściśnięte gardło. Nie po to przez całe życie ukrywałam swój dar przed wszystkimi, nawet przed rodzicami, choć przecież każde normalne dziecko wolałoby pochwalić się, co potrafi, żeby teraz dać się rozgryźć pierwszej lepszej napotkanej osobie.
- Samuel mi powiedział - odrzekła, odwracając się w prawo i posyłając w tym kierunku serdeczny uśmiech. Zmroziło mnie. Przecież nikogo tam nie było.
- Kim jest Samuel? - Głos Dimitriego był łagodny, kojący. Tylko jego protekcjonalne spojrzenie, którego chyba nie był świadomy, zdradzało, że ma ją za wariatkę. Jednak ona nic sobie z tego nie robiła.
- Samuel jest takim moim dobrym duchem. Przyjacielem. Towarzyszy mi od tamtego... incydentu. - W jednej chwili wesołość zniknęła z jej twarzy, a oczy zaszły mgłą.
- Czy może nam pani opowiedzieć, co się wtedy dokładnie stało? - poprosiłam.
- Tak.
I Jemina opowiedziała nam, jak to w pewną halloweenową noc wraz ze znajomymi wracała (a może dopiero szła? Nie pamiętała dokładnie) z pubu. Szli przez otaczający szkołę i internaty las, kiedy nagle znaleźli się w kręgu ognia. Żadne z nich nie wiedziało, skąd tak nagle wzięły się owe płomienie. Byli wystraszeni, zaczęli krzyczeć, wołać o pomoc. I wtedy zjawił się on. Verisset. Miał twarz Richarda Foyee, starszego brata najlepszej przyjaciółki Jeminy - Mirandy. Otaczały go trzy zakapturzone postacie w maskach. Kiedy Miranda pytała potwora w skórze jej brata, co tu się dzieje, kiedy kazała zostawić ich w spokoju, ten się tylko śmiał. W którejś chwili, by zwiększyć ich lęk, przemienił się w pokrytego łuskami potwora, tak podobnego do tego, w którego zmienili się Tom i Tristan. Wtedy Jemina zemdlała, a gdy się obudziła, wszyscy jej znajomi już nie żyli. Teren otoczyła policja. Kiedy funkcjonariusze pytali ją, co tu się stało, kim jest sprawca i dlaczego zostawił ją przy życiu, potrafiła odpowiedzieć tylko na jedno pytanie - drugie. Lecz kiedy zaczęła opisywać policjantom wielkiego potwora, w którego rzekomo miał zmienić się Richard Foyee  (jak się okazało, w tym czasie był na delegacji w Pekinie), została uznana za obłąkaną i przewieziona do szpitala w Feyn. Rodzina szybko o niej zapomniała, podobnie jak szkolni przyjaciele. Sprawa pomimo swojej drastyczności rozeszła się po kościach. Owszem, powstał jeden czy dwa artykuły, ale dzięki przekupstwu, śledztwo w sprawie poczwórnego morderstwa zostało umorzone już po tygodniu z powodu braku dowodów. Jak widać, choć lata mijają, mentalność kadry pedagogicznej zostaje niezmieniona. Lepiej zatuszować zbrodnie i chronić szkołę przed zamknięciem, aby tylko nie stracić swoich wielkich pensji (nauczyciele w tak elitarnej szkole jak D.H. zarabiali i podejrzewam, że dalej zarabiają dziesięć razy więcej niż koledzy po fachu z innych placówek), niż zadbać o bezpieczeństwo podopiecznych.
- Czyli potwierdza się teza, że Verisset jest zmiennokształtny i musi otaczać się magami, bo sam nie posiada zbyt wielkiej mocy - stwierdził Dimitry po wysłuchaniu historii Jeminy.
- To nie do końca prawda. - Kobieta pokręciła głową. - Verisset, jeśli tak go nazywacie, potrafi zmieniać kształt, ale nie jest zwyczajnym zmiennokształtnym. Nie... Otacza cię magami dla pewnej teatralizacji. Samuel mówi, że nawet w pojedynkę ma trzykrotnie większą moc niż wszyscy jego słudzy razem wzięci.
- Co takiego jeszcze mówi Samuel? - zainteresowałam się, starając się ignorować pełne dezaprobaty spojrzenie Iwanowa. Wiedziałam, że Jemina nie jest do końca normalna, ale z drugie strony, skoro wiedziała, że Dimitry to wampir, a ja to Faliree, bo, jak stwierdziła, powiedział jej o tym wymyślony przyjaciel, to coś chyba musiało być na rzeczy? Może faktycznie czuwał nad nią jakiś duch? Osobiście nigdy nie wierzyłam w takie rzeczy, ale ... nie wierzyłam też w wampiry, wilkołaki i medium, a jednak oni wszyscy istnieją. Dziwne, że to, na co światły człowiek zamyka umysł, czasami taranem wbija się do wnętrza, burząc przy tym wszystko, na czym budowałeś swoje "ja" w tym świecie. - Może wie, dlaczego Verisset zabija? Dla przyjemności? Z zemsty?
Jemina milczała przez minutę czy dwie, wpatrując się w pusty róg pokoju. Choć nic w nim nie widziałam, zaczęłam wyczuwać czyjąś obecność. Chociaż może to tylko moja wyobraźnia... Nie zmieniało to jednak faktu, że czułam się niekomfortowo. Odruchowo moja dłoń odszukała dłoń Dimitriego i mocno ją ścisnęła. Iwanow odwzajemnił uścisk, trochę zdziwiony moim gestem. Kątem oka dostrzegłam, że przez jego usta przemkną zadowolony uśmieszek.
- Samuel mówi - ozwała się w końcu - że Aharteyi, bo tak brzmi prawdziwe imię waszego Verisseta, jest demonem, jedynym z najpotężniejszych w całym piekle. Jest tak potężny, że doczekał się swoich czcicieli. Przez starożytność, średniowiecze i wszystkie inne epoki budowano mu w skrytości świątynie i składano ofiary z ludzi. Tylko wtajemniczeni wiedzieli o tajemnych obrzędach. Wszyscy inni, tak jak wy, znajdywali tylko ciała pozbawione historii zbrodni. Na krótko przed pierwszą wojną światową Zakon Palisanów, wypełniający podobną misję w dziejach ludzkości co twój, Salenicki - zwróciła się do Dimitriego - dowiedział się o wszystkim i postanowił zburzyć świątynie Aharteyia, a jego samego wtrącić z powrotem do piekła. Nie muszę mówić, że demonowi bardzo się to nie podobało. Po wielu latach odzyskał częściowo siły i powrócił. Był cieniem dawnego siebie, jednak wciąż potężnym. Postawił odbudować dawną potęgę, ale ponieważ ludzie, coraz częściej nie wierzący w świat fantastyczny, w Boga, a co dopiero w demony, nie chcieli już do niego dołączać tak chętnie, jak dawniej, nie udało mu się objąć całego świata, a nawet pojedynczego kraju. Teraz jego imperium obejmuje już tylko zgliszcza jednej świątyni i sam musi sobie składać ofiar, by nie stracić znów mocy.
- W Dark była świątynia - szepnęłam ledwo słyszalnie, kiedy straszna prawda do mnie dotarła. Przypomniałam sobie kamienne stoły, na których Verisset mordował ofiary. Przypomniałam sobie wszystko to, co pokazał nam na apelu. - A uczniowie to krwawe ofiary.
- W rzeczy samej - odparła głucho Jemina, wodząc po naszych twarzach niewidocznymi oczami.
Dimitry zmarszczył brwi.
- Skoro pani przyjaciel jest taki mądry, to czy mógłby powiedzieć nam, jak mamy dopaść Aharteyia, skoro ciągle zmienia postać? - Był wyraźnie poirytowany absurdalnością sytuacji. Nie dziwiłam mu się. Niewidzialny przyjaciel uznanej za obłąkaną kobiety doszedł do lepszych wniosków niż my przez tyle tygodni. Dalej nie chciał przyjąć do wiadomości istnienia życzliwego duszka imieniem Samuel, ale musiał przyznać chociaż przed samym sobą, że teraz nareszcie wszystkie elementy układanki zaczynały do siebie pasować. Mieliśmy już motyw i sprawcę. Teraz trzeba było tylko złapać przestępcę.
- Samuel mówi, że Aharteyia upodobał sobie jedno ciało i to w nim obserwuje swe ofiary. W innych uczniów wciela się tylko czasami...
- Zaraz... W innych uczniów? To znaczy, że Verisset jest uczniem? Normalnie chodzi do szkoły?
- Tak Ste... Nimfadoro. Udaje ucznia, bo tak najłatwiej mu wtopić się w tłum.
- A jego pomocnicy? To też uczniowie? - pytałam dalej. Nie mogłam zapanować nad ekscytacją w moim glosie. Mamy prawdziwy przełom w śledztwie! Po takim czasie stania w miejscu... Może... może jednak uda nam się go dopaść, nim on dopadnie nas. - I czy oni też zmieniają kształt?
- Samuel nie wie, czy są uczniami, ale z całą pewnością nie zmieniają kształtu. Nie są aż tak silni...
- Czy Samuel wie, w czyje ciało wszedł Aharteyia? Albo kto mu służy? Mówię o nazwiskach - spróbował Iwanow. Jego czarne oczy zdawały się płonąć od determinacji.
- Samuel nie zna żadnych nazwisk. - Jemina pokręciła głową, a Iwanow westchnął z rezygnacją.
- Och, oczywiście, że wszechwiedzący duszek Kacperek nie zna najpotrzebniejszej informacji.
- Zachowuj się - syknęłam ostrzegawczo, wymierzając mu kuksańca między żebra.
Jemina zignorowała uwagę wampira i mówiła dalej:
- Samuel mówi, że na stałe demon może osiedlić się tylko w ciele, z którego dawno uleciała dusza...
- Czyli... ten ktoś musi być martwy, tak?
- Dokładnie.
Chciałam spytać o coś jeszcze, ale w tym momencie drzwi sali otworzyły się z głośnym trzaskiem. W progu stanęła ta sama średnio sympatyczna pielęgniarka, która nas tu pokierowała.
- Wychodzić. Wizyta skończona. Pani Northwood ma teraz sesję z terapeutą - oznajmiła. Jej głos był równie przyjemny, co papier ścierny.
- Ale...
- Żadnych "ale", Barbie. Chyba coś powiedziałam.
Zazgrzytałam zębami. Barbie? BARBIE? Odszczekałaby to, gdyby przypadkiem zaczął palić jej się ten okropny kostium.
- No to do widzenia... - zaczął Dimitry łamaną angielszczyzną. Spojrzał na mnie prosząco, a ja usłużnie podpowiedziałam.
- Ciociu. Do widzenia ciociu.
- Och, no tak! Spasibo, Stephanie.
- Do widzenia, Sergi. Do widzenia Stephie - pożegnała się Jemina, niezwłocznie podejmując grę.
Dalej trzymałam Dimitriego za rękę, więc pociągnęłam go za sobą na korytarz.
- Niewidzialny przyjaciel nie należy do najbardziej wiarygodnych źródeł, ale chyba mamy już punkt zaczepienia - powiedział, kiedy drzwi się za nami zamknęły.
- Oby to, co powiedziała, było prawdą.. Nie mamy czasu, by popełniać błędy. - Moja dłoń instynktownie powędrowała do karku. Ruszyliśmy do wyjścia. - Zadzwoń do Nef i Tristana. Musimy im o tym powiedzieć.
- To nie jest rozmowa na telefon - zaoponował. - Opowiemy im wszystko, jak wrócimy, a oni zrelacjonują nam rozmowę z Morganami. Poza tym Tris i tak by nie odebrał. Jak go znam, pewnie teraz nieźle się zaba... - Dimitry uciął gwałtownie w pół zdania, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że powiedział o jedno słowo za dużo.
Zatrzymałam się gwałtownie.
- Jak go znasz, to co?
- Nic, nic.  Chodźmy już lepiej. To miejsce przyprawia mnie o ciarki.
- Iwanow, mów, o co chodzi - zaradzałam, ściskając go za ramię. - Powiedziałeś A, to powiedz i B.
- Mam inny alfabet, twoje powiedzonka nie mają nade mną władzy. - Uśmiechnął się ironicznie, strzepując moją dłoń.
- Nie żartuj, tylko dokończ. Chciałeś powiedzieć "nieźle się zabawia", prawda? Z Nefertari? - głos zaczynał mi drżeć. Od dawna podejrzewałam, że coś jest nie tak, że Schmidt traktuje mnie już tylko czysto koleżeńsko, ale teraz... Widmo zerwania wydawało się coraz bardziej realne, a mi dalej na nim zależało.
- Proszę cię... Daj spokój.
- Powiedz. Chyba zasługuję na prawdę, czyż nie?
Iwanow westchnął z rezygnacją.
- Chodź, porozmawiamy w samochodzie.
- Ale...
- W samochodzie.
Tak więc poszliśmy do samochodu. Kiedy przekręcał kluczki w stacyjce, ponowiłam pytanie, a wtedy on odpowiedział:
- Tak, dokładnie to miałem na myśli.
Te kilka słów zabolało jak pchnięcie nożem między żebra. Przez chwilę dukałam tylko coś niezrozumiałego, nie mając pojęcia, co powiedzieć. Niby nie spodziewałam się niczego innego, ale jednak wciąż miałam nadzieję, że choć trochę mu jeszcze na mnie zależy.
- Czyli on... On i Nef...
- Wiesz... Nie przyłapałem ich w łóżku, ani nic, ale... to naprawdę widać.Oni zawsze to się rozstawali, to się na nowo schodzili, więc kiedy zaczął chodzić z tobą, było jasne, że prędzej czy później... rozumiesz - mówił przepraszającym tonem, zupełnie jakby to on zawinił.
- Czyli nie byłam dostatecznie dobra? Przez ten cały czas traktował mnie jak chwilową rozrywkę?
Czułam, że oczy zaczynają mnie piec, jednak mruganiem przepędziłam pierwsze łezki. Nie miałam zamiaru rozklejać się z takiego powodu. Przeżyłam już gorsze rzeczy niż to.
- Nie o to chodzi, Nim... Jestem pewien, że Tristan naprawdę cię lubi, tylko troszkę inaczej... jak przyjaciółkę. To, co wcześniej zaszło między wami, to było chwilowe zauroczenie... Musisz wiedzieć, że Tris i Nef... oni jeszcze ciągle się docierają. To skomplikowane, ale się kochają... - Dobierał słowa z niezwykłą ostrożnością, przez co mówił nieskładnie.
- Dobrze wiedzieć - prychnęłam. - Parę set lat nie wystarczyło im na dotarcie?
- Mówiłem, że to skomplikowane.
- Od jak dawna to trwa?
- Chyba od tej afery na balu halloweenowym. Kiedy Tris prawie umarł, Nefertari uświadomiła sobie, że nie chce go stracić i tak się dalej potoczyło.
- Tak myślałam. Skoro kocha Nefertari, to dlaczego mi po prostu tego nie powiedział? - spytałam z wyrzutem.
Iwan milczał  przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Właśnie wyjeżdżaliśmy z Feyn.
- Może nie chciał cię zranić, nie pomyślałaś o tym?
-  Och, jakie to dobroduszne z jego strony - zazgrzytałam zębami. - Nie pomyślał jednak, że boli mnie też, kiedy się ode mnie odsuwa, kiedy staje się oziębły, a ja zastanawiam się tylko, co zrobiłam nie tak?
- Nie wiem, Nimfadoro. Naprawdę nie wiem.
MERIDIANE FALORI

______________________________________

Cześć :) Co myślicie o tym rozdziale? Rozmowa z Jeminą  Samuelem, jeśli faktycznie tam był, sporo wniosła do sprawy, oczywiście zakładając, że Jemina nie jest kompletną wariatka... Spodziewaliście sie takiego wytłumaczenia postępowania Verisseta? Czekam na wasze komentarze i zachęcam do lajkowania fanpage'a <3

MERIDIANE FALORI [KLIK] 

19 komentarzy:

  1. O kurczaki pieczone
    aaaaaaaaa
    jestem tak podekscytowana
    ale zarazem zdezorientowana
    wrrrrrrrr
    jak chce nastepny
    bo nie wytrzymam i wyjde z sb i stane obok xD
    ale serio
    rozdzial swietny
    cudny
    boski
    aaaaaaaaaaa
    czekam z niecierpliwieniem na cd
    pozdrawiam
    zycze weny
    ~ twoja najwieksza fanka xD /twoja ulubienica ^^/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsza ^^
      Błahahhahah xD

      Usuń
  2. Rozdział bardzo fajny :) ciekawe czy Samuel istnieje...xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział był świetni zauważyłam parę błędów ale poza tym wszystko super. Bardzo podoba mi się jak przedstawiłaś szpital normalnie jak z horroru ( umiesz zbudować grobową atmosferę ) ta staruszka była bezbłędna szkoda tylko że nie dodała żadnego zdjęcia np. tego korytarza , ale i tak uważam ze było świetnie a ten dyktafon mnie rozwalił aaaaaaaaa pielęgniarka mnie podsłuchuje . Szczerze mówiąc wiedziałam że Verisset będzie jakimś demonem ale nie ze zbudowano szkole na dawnej jego świątyni . Ten dobry duch jest supcio i okazał się bardzo przydatny teraz wystarczy dobrać się do archiwum szkoły. Wiem ze pisze strasznie nie po kolei ale strasznie mi się podoba .
    pozdrawiam i życzę dużo weny
    ps. Czytam jeszcze 2 twoje blogi i ona są świetne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za opinię <3 <3
      Cieszę się, że rozdział się udał, kończyłam go dziś przed siódmą xD :D
      Aż dwa? O , jak miło ;) Który jeszcze?

      Usuń
  4. Czytam " Prophecy of Alamer " ( jestem na 56 rozdziale ) I " Opowieści z Erithel ". Jak będę już na bieżąco z rozdziałami PoA to zacznę " cztery żywioły " . Uwielbiam czytać twoje blogi I uważam że jesteś świetna w tym co robisz. Pozdrawiam <3 <3<3 <3
    I czekam na kolejne rozdziały na każdym blogu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jakie to kochane, dziękuję! <3 Cieszę się, że mam dla kogo pisać :*
      Mam nadzieję, że Cztery żywioły także ci się
      spodobają ^^
      Mogłabym mieć do ciebie małą prośbę? ;) Widzisz, nawet jeśli nadrabiasz, chciałabym znać twoją opinię o przeczytanych rozdziałach, bez naczenia czy to rozdział najnowszy czy sprzed roku... za jakiś czas chciałabym siezabrać za poprawianie PoA, tak jak teraz w swoim wordzie poprawiam 4zywioly i chcialabym wiedziec na co zwrocic uwage... :)

      Usuń
  5. Nie ma problemu :)
    Ja z wielką przyjemnością napisze Ci na co zwróciłam uwagę

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozdział świetny, jak zwykle zresztą :D noo robi się coraz ciekawiej.. Już mam podejrzenia, kto może być verisettem i jego sługami :) jeszcze podobało mi się przedstawienie tego szpitala psychiatrycznego, ty to umiesz stworzyć klimat grozy ;D i trochę szkoda mi Nim, tak cierpi przez tego idiote (czytaj: Tristana) -,- cieszę się, że ona i Dimitry są coraz blizej^^ czekam na nexta i życzę weny :*
    PS. Pozdrowienia znad morza ^^ :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję, miłej zabawy :*
      Sceny z dreszczykiem najlepiej mi się pisze zaraz o tych dramatycznych :D Hahahah

      Usuń
  7. No i nadrobiłam cały blog 😄
    Wydaję więc opinię o całości :
    Jest to lekkie młodzieżowe czytadło, jednakże dobrze się czyta i nie jest banalne w żadnym przypadku. Cała historia trzyma w napięciu i nie chodzi mi tylko o Verisseta, ale również o wątek miłosny (i se pogadałam)
    Teraz też opinia o poszczególnych bohaterach:
    Nimfadora Rosengard- urocza, ogólnie przypadła mi do gustu, ale jest samolubna. Przynajmniej w moim odczuciu, ale tylko czasami. Na początku trzymałam za tym, ażeby była z Dimitrym, potem jak była z Trisem stwierdziłam, że nie jest źle, ale jak z nim nie jest to wracam do "ustawień automatycznych"
    Dimitry Iwanow- kocham <3. Uwielbiam jego humor i to świetne wyczucie i uważam, że zasługuje na miłość. Dlatego uznaję iż jeśli nie ma być z Dorą, to powinien być Nefi.
    Tristian Schmidt- troszku zbyt nieporadny romantyk. Lubię go, ale najmniej z całej "ekipy". Zirytował mnie jego stosunek do Nimfadory. Najpierw niby ją kocha, potem uświadamia sobie, że kocha inną....
    Neferarti Al-Hassan - lekko zagubiona księżniczka poszukująca miłości. Darzę ją dużą sympatią. Uważam, że Tris na nią nie zasługuje.
    Więc ranking "ekipy":
    1. Dimitry
    2. Nimfadora + Nef
    3. Tristian
    No i tradycyjnie znienawidzone postacie :
    1. Verisset (ten demon, nie wiem jak się to pisze)- myślę, że trudno się dziwić
    2. Victoria- po prostu jej nie trawię
    3. Morganowie- znienawidzeni w dość pozytywnym sensie, bo zdobyli jeszcze jedną "nagrodę "
    I ostatni ranking :
    Najzabawniejsze postacie :
    1. Dimitry - te teksty <3
    2. Morganowie - Co jest dość dziwne, ale są komiczni :-)
    3. Sascha - taki trochę nieporadny, ale zabawny (ta misja)

    To więc wszystko, a ta historia podobnie jak Twoje pozostałe zapadnie mi w pamięć.
    Żegnam ciepło i przyjaźnie oraz czekam na nexta :-)
    Tymczasem do zobaczenia w zakładce "Zapytaj Bohatera "
    Coco Evans

    OdpowiedzUsuń
  8. o kurcze czekam na kolejny rozdział :D a co do niego to wspaniały i ciekawy :D a i powiedz kiedy planujesz następny ? Przy okazji życzę ci dużo weny i wspaniałych wakacji :D pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wszystko zalezy od mojej siostry ktora bd dodawac rozdzialy pod moja nieobecnosci ;)

      Usuń
  9. Oooo to nawet szybko co mnie bardzo cieszy :) pozdrawiam i życze wspaniałych dalszych wakacji :*

    OdpowiedzUsuń
  10. jej jej jej nie mogę doczekać się następnego =)

    OdpowiedzUsuń