wtorek, 21 kwietnia 2015

Rozdział 34 : Demony przeszłości

//Dimitry//

Nie potrafiłem uwierzyć, że Neferteri wykazała się taką głupotą. Jak, pytam się "JAK?" mogła zmarnować taką szansę?! Co za idiota decyduje się na ponowną przemianę, gdy raz uda mu się cudem wyzbyć tej przeklętej nieśmiertelności?! Gdyby to mnie los obdarzył taką okazją, nigdy nawet przez myśl by mi nie przeszło, aby wracać na drogę wampiryzmu. Bo i po co? Ludzie często nie doceniają tego, co mają. Może i ich życie nie trwa długo, wręcz przeciwnie, jest tylko ułamkiem sekundy w porównaniu do wampirzej wieczności, ale potrafi być naprawdę piękne. Ulotność nadaje chwilom wyjątkowości, zwiększa ich wagę... Nie to co u nas. Nikogo nie obchodzi to, co wydarzyło się dwieście lat temu i nikogo nie obchodzi to, co wydarzy się za dwieście lat. Wszyscy też mają gdzieś to, co dzieje się teraz. Każdy wampir ma świadomość, że wydarzenia dnia dzisiejszego będą miały się nijak do kolejnych tysiąc leci, które dopiero przed nami, więc po co się nimi przejmować? Wierzę, że każdy człowiek narodził się w czasie dla niego najodpowiedniejszym. Jeśli dane mu z góry pięćdziesiąt lat, to powinien żyć te pięć wieków i umrzeć, a jeśli sto, to sto. Ja z kolei czuję się jak sztucznie podtrzymywany przy życiu prawienieboszczyk, z każdym dniem coraz bardziej zagubiony. Coraz trudniej odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w nowej epoce, w nowym stuleciu... Pomijając już sam fakt, że jesteśmy skazani na samotność. Nigdy nie założymy własnej rodziny, a ludzie, których pokochamy na jakikolwiek sposób prędzej czy później umrą, a my będziemy musieli na to patrzeć...


Wściekły na wszystkich i wszystko wymaszerowałem z Internatu. Słyszałem, że Tristan wołał coś za mną, ale miałem to gdzieś. Jeśli myślą, że zdołają udobruchać mnie kilkoma słowami - "Liczę, że zrozumiesz, Dimitry" czy "Zrobiłam to dla naszej przyjaźni" - po czym poklepią mnie po plecach i będzie dobrze, grubo się mylą. Ha! A niech mnie w d*pę pocałują. Doskonale znali moje zdanie na temat przemiany i całkowicie je zlekceważyli. Ech, nie mam zamiaru się denerwować. To życie Nefertari, nie moje. Niech sobie je chrzani w dowolny sposób, a że wybrała najgorszy z możliwych, to już nie moja sprawa.
Kluczyłem poddenerwowany między drzewami, nieświadomie zapuszczając się coraz bardziej w głąb lasu otaczającego Domy. Dopiero kiedy zdałem sobie sprawę, że nawet moje wyczulone uszy nie wyłapują żadnych dźwięków, zorientowałam się, jak daleko się zapuściłem. Przez chwilę ta wszechogarniająca cisza i samotność były na swój sposób przyjemne... Przez chwilę, bo zaraz wydarzyło się coś... Nawet nie wiem, jak to opisać. Nie mam pojęcia, co to było i jakim cudem się wydarzyło, jeśli w ogóle wydarzyło się naprawdę. Cholera jasna, przecież odstawiłem dragi...
- Z drogi! - zawołał (chyba do mnie) po rosyjsku mały chłopiec, przebiegając tuż obok.
Miał nie więcej niż osiem lat. Ubrany był w prostą lnianą koszulę i ufajdane błotem ciemne spodnie, a wszystko to wyglądało, jakby pochodziło z wieków średnich. Czarne włosy rozwiewał wiatr, czarne oczy lśniły szelmowsko, a jasne policzki oblewały czerwone rumieńce. Zamarłem, gdy zdałem sobie sprawę, kim był ów chłopiec. Mną.
- Szybciej, Ana, szybciej, bo wygra! - rozległ się nagle melodyjny głos jednej z niewiele starszych dziewcząt. Obie ubrane były w długie do kostek luźne suknie z tańszych wówczas materiałów. Tatiana biegła ramię w ramię z Anastasią. Tati, moja Tati, moja siostra, moja... Ale jak to możliwe? Przecież nie żyła od tak wielu lat... Nagle ścisnęło mnie za serce. Wiedziałem, że coś tu jest nie tak. Albo śniłem, albo miałem halucynację, ale nawet jeśli tak było, nie chciałem się z nich wybudzać. Przeciwnie, pragnąłem w tym trwać i brnąć w to. Zafascynowany pobiegłem jego śladem, by sprawdzić, dokąd biegł mały Dimitry. Siostry przebiegły po moich obu stronach, już prawie go dogoniwszy. Wyprzedziły mnie. Minąłem stodołę i stajnię, by ostatecznie znaleźć się na małej polance. Przede mną wyrósł drewniany dom z połatanym dachem otoczony uszkodzony zagrodą. Może i był dużo za mały dla tak licznej rodziny jak nasza, a jego stan pozostawiał wiele do życzenia, jednak nie zmieniało to faktu, iż był on najbliższym memu sercu miejscem... Jak to się mówi? Ciasny, ale własny. Bo dom to nie najdroższe włoskie meble i wystawne pokoje, lecz poczucie miłości i bezpieczeństwa dawane sobie nawzajem przez jego mieszkańców. Och, ile bym zrobił, by choć na chwilę do niego wrócić. Do miejsca, w którym się wychowałem, do miejsca, w którym ostatni raz byłem ze swoją rodziną...
U progu drzwi stała trzydziestoletnia kobieta o pięknych czarnych włosach i oczach, w których malowała się największa czułość, jaką znał świat.
- Pierwszy, pierwszy! - zawołał radośnie chłopiec, wpadając w ramiona matki. Wzięła go na ręce.
- Gratuluję, kochanie - kobieta pocałowała go w czoło, po czym postawiła z powrotem na ziemi i powiedziała, mierzwiąc mu włosy - A teraz do wanny, łobuzie. Ubrania zostaw na krześle. Znów dodałeś mi roboty - westchnęła ciężko i pokręciła głową z dezaprobatą. Mimo to jej usta wygięły się w lekkim uśmiechu.
- Nie ma mowy! Nie weźmiesz mnie żywcem! - zawołał mały Dimitry, wbiegając do środka.
Zaśmiałem się pod nosem. Cały ja. Mama nigdy nie mogła zagonić mnie do wanny. Na szczęście z wiekiem przyszło samoogarnięcie i żyłem już w lepszych stosunkach z wodą i mydłem.
- I szczeniak wygrał - sapnęła niepocieszona Tatiana, zatrzymując się chwilę przed progiem. Ciemne kosmyki wymykały się z zaplecionego naprędce warkocza. Twarz miała zaróżowioną od wysiłku, podobnie jak mały ja i Ana.
- Może to i dobrze. Niech się młody cieszy - Anastasia zgięła się w pół, oddychając ciężko. Nigdy nie mogła się poszczycić dobrą kondycją. - Jestem wykończona.
- Dobrze, że jesteście, dziewczynki. Zagońcie go kąpieli, bo ja mam jeszcze dużo do zrobienia.
Tatiana i Anastasia spojrzały po sobie z powagą.
- Wyzwanie przyjęto - rzuciła Tati, po czym obie popędziły za mną do środka.
- To były czasy, nieprawdaż? - nagle usłyszałem za sobą nienaturalnie głęboki głos. Na karku poczułem czyjś gorący oddech. Obróciłem się prędko. Wtedy ujrzałem przed sobą postać w obszernej czarnej szacie. Nie widziałem jej twarzy, gdyż nieznajomy skrywał ją pod wielkim kapturem. - Powinieneś w nich zdechnąć i nie zaśmiecać dłużej nowego świata. Powinieneś leżeć w grobie razem z prochami twoich bliskich. Ale bez obaw, nic straconego - zasyczał jak wąż nieznajomy.
Podniósł kaptur. Zamarłem. Nie byłem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Tristan. Ale... ale jak?! Przecież to nie było możliwe. Widziałem go jeszcze chwilę temu, był w Internacie. Z Nefertari. Jakim przeklętym cudem znalazł się tutaj?! I zdążył przebrać? I przede wszystkim: CO ON ODWALA? Chyba, że... chyba że to nie był on. Odruchowo się cofnąłem. Tristan (czy nie Tristan?) zaśmiał się gardłowo, niepasującym do niego głosem, kiedy moje ciało napotkało opór. Obróciłem się gwałtownie, by sprawdzić, na kogo wpadłem. Ciśnienie mi skoczyło, kiedy zobaczyłem za sobą drugą zakapturzoną postać. Nim się obejrzałem, znikąd pojawiła się kolejna dwójka, jeden po mojej prawej, drugi po lewej. Byłem otoczony. W pułapce. Nie wiedziałem, co jest grane, ale musiałem to przerwać. Już, teraz, w tym momencie. Obnażyłem kły i syknąłem ostrzegawczo. Tristan tylko się roześmiał.
- Naprawdę myślisz, że się ciebie ulęknę? - spytał szyderczo tym dziwnym głosem, zaciskając skostniałe palce o długich szponach na mym gardle. Jako wampir wiedziałem, że nie muszę oddychać, a mimo to się dusiłem. Uniósł mnie z siłą zbyt wielką nawet jak na wampira. Moje stopy nie dotykały podłoża. Czułem się jak wisielec i miałem wrażenie, że właśnie tak zaraz skończę.
- Jesteś żałosny, jak cała twoja rasa. I tak samo głupi jak reszta. Jeszcze się nie zorientowałeś, co? - zadrwił, rzucając mną o drzewo. Drzewo, które jeszcze przed chwilą tam nie rosło. Uderzyłem w nie głową tak mocno, że aż zobaczyłem gwiazdki przed oczami. Osunąłem się po pniu na ziemię. Jak śmiercionośna mgła ogarniało mnie zewsząd poczucie wielkiej bezradności, wszechobecnej beznadziejności...Nie wiedziałem, skąd się ono brało. Przecież się go nie bałem. W głowie ani przez chwilę nie zaświtała mi myśl o bezradności. Dopiero po chwili zorientowałem się, że to on podsuwa mi te myśli. Chciałem ruszyć z nim do walki jak równy z równym, lecz nie mogłem. Jeszcze sekundę wcześniej czułem się na siłach, aby zetrzeć go na proch, a teraz? Ledwo dałem radę się podnieść, a zaczęło kręcić i się w głowie. Nie tak delikatnie. Nie... miałem wrażenie, jakby cały świat znalazł się na wielkiej karuzeli. WAMPIRY NIE MIEWAŁY ZAWROTÓW GŁOWY. Byłem coraz bardziej zdezorientowany.
Tristan ruszył ku mnie, obserwując to wszystko z rozbawieniem, podczas gdy trójka jego sługusów stała nieruchomo jak posągi.
- Zrób jeszcze krok w moją stronę, a przysięgam, że przegryzę ci tętnicę - warknąłem przez wysunięte kły, ostatkiem sił broniąc się przed upadkiem. Jednakże moje słowa nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia.
- Nie dość, że żałosny, to jeszcze idiota - zaśmiał się tubalnie, stając jakiś centymetr ode mnie. - Co, Iwanow? Nie zrozumiałeś ostrzeżenia? - uśmiechnął się z politowaniem. Spojrzałem na niego pytająco, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Miałem ochotę zetrzeć mu ten uśmiech lewym sierpowym, ale wiedziałem, że jeśli puszczę drzewo, upadnę. Pochłaniał moją siłę, jak czarna dziura.
- A tak skończy Pierwsza Róża Missouri i jej ogrodnik - wyrecytował z pamięci, spoglądając na mnie jak na zwierzynę do odstrzału.
- Jaka róża, jaki cholerny ogro... - i wtedy wszystko zrozumiałem. Albo raczej on sprawił, że zrozumiałem.
Rosengard. Rosengard. Rose - róża. Nimfadora mieszkała w malej wiosce w stanie Missouri. To ja wprowadziłem ją w Ten Świat, ja pokazałem jej, że istnieją też inni "nadprzyrodzeni", stąd "ogrodnik".
Nimfadora była w niebezpieczeństwie. Musiałem jej pomóc, ale nie byłem w stanie. Teraz dpiero zaczynałem czuć, co znaczy prawdziwa niemoc.
- Nie trzeba było się mieszać w nieswoje sprawy, marny Salanito. Tak oto naznaczenia nadszedł czas - powiedział, pozwalając, by jego oczy stały się całkowicie czarne. I tęczówki, i białka. Skóra twarzy i rąk zaczynała pokrywać się zielonkawymi łuskami, a język rozdwoił się. Wężowaty demon odwrócił się do mnie tyłem i wydał swym ludziom rozkaz w języku, którego nie rozumiałem. Jedna z postaci uniosła na mnie otwartą dłoń.
- Saima... - to było ostatnie, co usłyszałem, nim ugięły się przede mną kolana. Ogarnęła mnie ciemność.

***

//Nimfadora - mniej więcej tym samym czasie//

Ostatnie wydarzenia nie pozostawały mi już cienia wątpliwości, że jeśli szybko nie rozwikłamy sprawy Verisseta, nikt z nas nie ostanie się przy życiu. Nie było czasu do stracenia. Wybiegłam z klasy i ruszyłam na poszukiwania Scotta. Jeśli pamięć mnie nie myliła, powinien mieć teraz angielski, ale jak znam życie, żadne z nauczycieli nie będzie w stanie prowadzić lekcji po takim występie Verisseta, więc zapewne wszyscy zostali zwolnieni do domów. A w każdym razie takie były moje przypuszczenia, gdy zobaczyłam, że nigdzie nie ma żywego ducha. Nie chciałam przechodzić korytarzem, w którym ten psychopata zostawił swą krwawą wiadomość, więc wybrałam okrężną drogę. Napisałam do Scotta SMSa z pytaniem, gdzie jest. Kiedy nie odpowiadał, udałam się do Internatu Mózgowców, zaklinając w duchu, by chłopak tam był. Musiałam z nim porozmawiać. Pilnie. Bałam się, sama chodząc po lesie, w którym postawiono nasze Domy, ale innej trasy nie było. Miałam mętlik w głowie. Sprawa z Alexem i naszą dekonspiracją tylko dolała oliwy do ognia. Chciałabym wierzyć, że rozwinie się między nami współpraca, przez co szybciej moglibyśmy dopaść tego drania, ale... Kogo ja oszukuję? Byłam prawie pewna, że Morgan wykorzysta zdobyte dziś informacje przeciw nam. To tylko kwestia czasu, kiedy zacznie do nas strzelać, ale starałam się teraz o tym nie myśleć, aby do reszty nie zwariować.
Stanęłam u drzwi Internatu i zadzwoniłam kilka razy natrętnie dzwonkiem.
- Rosengard, co ty tu robisz? - spytała z roztargnieniem wysoka blondynka o cukierkowych rysach twarzy. Bettany Adams. Chodziłyśmy razem na chemię, tylko dlatego ją kojarzyłam.
- Muszę natychmiast zobaczyć się ze Scottem - powiedziałam rzeczowo, spoglądając na nią z determinacją.
- Merryweatherem czy Whitem? - spytała, marszcząc brwi.
Scott White był chłopakiem Bettany, więc miałam świadomość, że gdybym powiedziała, że to jego szukam, mogłabym zacząć żegnać się z życiem. Dawno nie spotkałam równie zazdrosnej panny, co ona.
- Merry.
- Twoje szczęście. Wchodź - łaskawie przepuściła mnie w progu. Byłam już na schodach, kiedy zawołała za mną - Jeśli nie będzie go u siebie, zapewne siedzi z Heather i Billym u Billy'ego. Pokój 11, jak coś.
- Dzięki - rzuciłam przez ramię, po czym popędziłam w stronę sypialni Scotta. Zastukałam dwukrotnie do drzwi. Dopiero po chwili usłyszałam kroki.
- O, Nimfadora - wydusił z siebie zdławionym głosem chłopak, spoglądając na mnie ze smutkiem. Twarz miał bladą jak mleko, a oczy podejrzanie podpuchnięte i zaczerwienione. Nie musiałam pytać, co się stało, bo znałam odpowiedź. A odpowiedzią była Elena. Scott kochał się w niej od tak dawna. Naprawdę mu na niej zależało, zrobiłby dla niej wszystko... A dziś zobaczył ją martwą, całą we krwi, sponiewieraną na szkolnym korytarzu. Mogłam tylko zgadywać, jak się teraz czuł. - Wybacz, ale nie mam teraz ochoty na rozmowy. Chcę być sam.
- Scott. Wiem, co czujesz, ale to naprawdę ważne - zaczęłam prosząco, łapiąc go za rękę.
- Nic nie wiesz - wyszarpnął ją. Już miał zamknąć mi drzwi przed nosem, ale zablokowałam je stopą. Sapnął ze zniecierpliwieniem. - Może nie zrozumiałaś, ale kameralna grupa wsparcia to w tej chwili ostatnie, na czym mi zależy.
- Nie mam zamiaru cię pocieszać, jeśli tego nie chcesz. Pragnę tylko, żebyś wiedział, że jeśli się nie mylę, możesz pomóc wielu osobom. Dzięki tobie nie podzielą losu Eleny.
Scott zrobił taką minę, jakbym go spoliczkowała. Zmagał się chwilę sam ze sobą, aż w końcu wykrztusił:
- Chyba wiem, o co ci chodzi.
- Więc pomożesz mi? - spytałam z nadzieją. Serce znów biło mi coraz szybciej. Jeśli po dzisiejszym dniu nie odmówi mi posłuszeństwa, to będzie cud.
Skinął głową.
- Kyle'a nie ma. Nie wiem, gdzie poszedł ani kiedy wróci - oznajmił wypranym z emocji głosem, wpuszczając mnie do środka. Zamknął drzwi. - Przyszłaś po książkę, o której ci mówiłem w dniu balu, prawda?
- Tak. Czy mógłbyś mi ją pokazać? Sądzę, że może mieć trochę wspólnego z całą tą sprawą.
- Nie jestem pewny, gdzie teraz leży. Po tym, jak przyłapał mnie na jej czytaniu, schował ją w inne miejsce - Scott wzruszył ramionami, po czym opadł ciężko na nienagannie zaścielone łóżko. - Jeśli masz czas, możesz szukać.
- Pomogę, ale nie zmienia to faktu, że trochę nam zejdzie, a Kyle może wrócić w każdej chwili. Ta przeklęta książka może być wszędzie.
- Więc nie mamy czasu do stracenia - podwinęłam teatralnie rękawy. - Zabieramy się do roboty.
Zaglądaliśmy do każdej szafki, do każdej szuflady, pod poduszki i pod dywan. Kiedy po dwudziestu minutach dalej tkwiliśmy w punkcie wyjścia, zaczynałam powoli tracić nadzieję, że książka jeszcze tu jest. I wtedy nagle naszła mnie pewna myśl...
- Scott, gdzie Kyle trzyma tą wielgachną encyklopedię chemiczną?
- Nim, wiem, że uważasz chemię za czarną magię, ale nie zapędzałbym się tak daleko...
- Och, nie o to mi chodzi. Po prostu mi ją daj, jeśli jeszcze ją ma - rzuciłam zniecierpliwiona.
- To nie najlepsza pora na naukę, ale skoro się upierasz... - chłopak wzruszył ramionami, po czym sięgnął za nocną szafkę kolegi. Wyjął stamtąd gigantyczną i niemożliwie grubą księgę wszystkiego, co chemiczne. Nie dziwię się, że Kyle trzymał ją przy nocnej szafce, a nie na przykład na najwyższej półce... Przecież gdyby taka książka spadła mu na głowę, ja by po nią sięgał, to zgon na miejscu. A potem Scott musiałaby się tłumaczyć, że to nauka go zabiła, a nie on. - Kyle czasem czyta ją sobie przed snem. Trzymaj - podał mi encyklopedię. Aż ugięły się pode mną kolana.
Szybko ją otworzyłam. Po pierwszych stronach można było odnieść wrażenie, że miało się do czynienia z jedna z wielu tych nudnych książek, po lekturze których mózg zaczyna parować od nadmiaru wiedzy. Ciekawie zaczęło się robić od strony 66.
- A to cwana bestia... - wyrwało się Scottowi, gdy zobaczył, co znalazłam. Od tego miejsca w kartkach encyklopedii wydrążony był prostokąt, a w dziurze po wyciętych fragmentach leżała niewielka czarna książeczka będąca rozmiarów modlitewnika do I Komunii. No może ciut większa. Fuck yeah, opłacało się całe dzieciństwo oglądać kreskówki. - Tylko ostrożnie - nakazał mi, kiedy położyłam encyklopedię na łóżko Kyle'a i wyjęłam z niej książeczkę. - Jeśli zorientuje się, że ktoś jej dotykał, pozostanie mi tylko spisanie testamentu.
- Jestem ostrożna. Spokojnie - mruknęłam zamyślona, otwierając ją. To, co w niej zobaczyłam, przerosło moje oczekiwania.
Tak jak mówił Scott, nie wszystko zapisano w niej po angielsku. Ponad połowa tekstu zalatywała mi łaciną, a także jakimś innym językiem, nie przypominającym żadnego z tych znanych mi. Kiedy spróbowałam przeczytać jedno ze zdań na głos, brzmiało to trochę jak skwierczenie ognia. W dodatku te ilustracje... Niemal wszystkie przedstawiały demony, najczęściej zabijające lub torturujące ludzi w sposoby, których nie powstydziłaby się inkwizycja. Gdzieniegdzie przewijały się też pentagramy. Wiedziałam, że to nie jest zwykła książka. Czułam to. Tą potężną moc od niej emanującą, gdy trzymałam ją w dłoniach. Chwilami miałam wrażenie, że jej strony parzą moją skórę. Przeglądałam jej ze strachem i fascynacją; Scott wolał nie patrzeć. Nagle z tego dziwnego otumanienia wyrwał mnie odgłos podjeżdżającego pod Dom samochodu. Merryweather podbiegł do okna.
- Cholera jasna. Kyle przyjechał - zaklął, spoglądając na mnie wielkimi jak spodki oczami. Serce podskoczyło mi do gardła.
- Spróbuj go przez chwilę zatrzymać. Zrobię szybko kilka zdjęć i zmyję się, zanim przyjedziecie - zakomenderowałam. Scott nie kłócił się. Szybko wybiegł z pokoju, by zrobić to, o co prosiłam.
Wyciągnęłam telefon i zaczęłam fotografować co ciekawsze fragmenty. Miałam wrażenie, że i tak dużo pomijam. Kusiło mnie, żeby zabrać ją ze sobą, ale wiedziałam, że popełniłabym straszne głupstwo. Kyle szybko by się zorientował, a wtedy Scott miałby kłopoty. Ręce chyba nigdy nie trzęsły mi się tak, jak w tym momencie. Gdy tylko skończyłam, chciałam wszystko odłożyć na miejsce. Ale nie zdążyłam. Zamarłam, gdy usłyszałam za sobą głos.
- Ładnie to tak grzebać w czyiś rzeczach? - spytał chłodno jasnowłosy chłopak o zielonych oczach. Nie miał na sobie mundurka Filozofii, lecz zwykłe jeansy i białą koszulę z kołnierzykiem. Na jej rękawach, tuż przy mankietach, dostrzegłam małe czerwone plamki, których on najwyraźniej nie zauważył. To wygląda jak krew, pomyślałam ze zgrozą.
- To nie tak, jak myślisz. Ja tylko... - zaczęłam, odruchowo chowając książeczkę za plecy. To pierwsze, co przyszło mi na myśl. Czułam, jak policzki mi płoną, a serce bije mocno niczym dzwony Notre Dame. Nie słyszałam, jak wszedł. Nie słyszałam ni kroków, ni otwieranych drzwi.
Usta Toma wykrzywił drwiący uśmiech, który przyprawił mnie o ciarki. Jego zielone oczy pojaśniały.
- Oddaj mi to - rozkazał, wyciągając ku mnie dłoń.
- Nie - wypaliłam, cofając się odruchowo.
- Śmiesz mi się sprzeciwiać?
- A żebyś wiedział - zrobiłam jeszcze jeden kok w tył, gdy zaczął się do mnie przybliżać.
Aristow sapnął gniewnie. Nie poznawałam go. Nigdy się tak nie zachowywał. I co o n w ogóle tu robił?
- Powtórzę ostatni raz. Oddaj mi to, Nimfadoro - powiedział niemalże bezgłośnie. Wtedy stało się coś, czego nie potrafię wytłumaczyć. Moje ręce same wysunęły się ku niemu i posłusznie podały książkę. Walczyłam, nie chciałam mu jej oddać, ale... to było silniejsze ode mnie. Czułam się jak bezwolna marionetka. Przez ten jeden krotki moment on miał władze nad moim ciałem, a nie ja. Nie wiedziałam, że Aristow zna się na czarach... Zawsze wydawał mi się normalny.
 Wówczas doznałam olśnienia. Wszystko wreszcie zaczynało powoli układać się w całość. Krew i czary... Verisset. Przez ten cały czas szukałam potwora, którego brałam za przyjaciela. Moje ciało przeszył dreszczy na samą myśl o tym, ile razy miał okazję mnie zabić, ile razy zostawaliśmy gdzieś sami. Bez świadków. Dokładnie tak jak teraz.
- Grzeczna dziewczynka - powiedział, przeciągając z lubością sylaby. Posłał mi pełne wyższości spojrzenie, za które miałam ochotę odpłacić mu lewym sierpowym. Oj, odzywa się szkoła Iwanowa.
Tom zaczął kartkować książkę.
- Wiem, co myślisz, ale jesteś w grubym błędzie.
- Więc wyjaśnij mi, co to jest, jeśli nie to, co myślę? - spojrzałam na niego spode łba. Tak chciałam, żeby w tym momencie wszedł Scott i wybawił mnie od konieczności kontynuowania z nim tej dziwacznej rozmowy, ale tak się nie stało. Otwarcie się nie przyznał, ale na pewno widział po moim spojrzeniu, że już się domyśliłam. Nigdy nie byłam dobrą aktorką.
- Książka. Pożyczyłem ją Kyle'owi, bo miał napisać na religię referat o satanizmie.
Aha. Referat. Tak to się teraz nazywa.
- Kyle nie chodzi na religię.
Widząc jego minę, przyznałam sobie punkt. Zaraz jednak pożałowałam tych słów. Oczy Toma stały się całe czarne, łącznie z białkami, a od oczami zaczęły pojawiać się malutkie zielonkawe łuski. Zawał za trzy... dwie... jedna. Myślałam, że zemdleję.
- Nie zbliżaj się - warknęłam, pozwalając, by moja dłoń zmieniła się w słup ognia. Kiedy on się ujawnił, i ja mogłam to zrobić. Koniec gry pozorów. Liczyłam, że płomienie go odstraszą, ale nic bardziej mylnego.
- Narodziłem się z ognia, głupia dziewucho. Jestem jego panem - wysyczał, wracając do swej poprzedniej postaci. Tom zacisnął mi palce na gardle. Walczyłam o oddech, a on tylko się śmiał. Spróbowałam przywołać wiatr, który by go ode mnie odepchnął, ale nie byłam w stanie. Moc nigdy nie odmawiała mi posłuszeństwa, a jednak teraz to zrobiła. Aristow chłoną moją moc jak gąbka. Czułam, że słabnę. Kręciło mi się w głowie.
- Przyszedł czas naznaczenia, Różo Missouri. Najpierw twój chłoptaś, ten wyszczekany moskwianin, a teraz twoja kolej...
- Dimitry - wykrztusiłam na bezdechu. Mój głos przypominał charkot. Próbowałam kopać, jakoś się uwolnić, ale było to jak walka z wiatrakami. Bezcelowe i z góry skazane na porażkę. - Coś ty mu zro...
Na ostatnią sylabę nie starczyło mi siły.
Tom uśmiechnął się szerzej.
Katem oka zobaczyłam trzy zakapturzone postacie, które pojawiły się wokół mnie znikąd. Nie do końca materialne, zupełnie jakby utkane z cienia i mgły. Gdy spojrzałam ponownie na Toma, balansująca na granicy świadomości, dostrzegłam, że ma na sobie taką samą szatę.
- Saima... - powiedział ostro Tom, rzucając mnie na ziemię. Uderzyłam mocno głową o podłogę. Jęknęłam głucho. Aż zrobiło mi się niedobrze.
- Saima... - powtórzyli wynaturzonym głosem pozostali.
Pochłonął mnie mrok. Nie widziałam już nic i nic nie slyszalam. Poczułam tylko okrutne pieczenie na karku. Straciłam przytomność. Koniec był tylko kwestią czasu.

***

 //Tristan//

 - Chyba trzeba było go uprzedzić o naszych zamiarach... - mruknąłem, spacerując nerwowo po sypialni mojej i Dimitriego.Dawno nie widziałem Iwana tak wściekłego, jak dziś. Wiedziałem, że przemieniając Nef, ugodzę w jego słaby punkt, ale jeśli ona sama tego chciała, to czy on miał prawo jej zabraniać? No chyba nie.
- Wiesz, że i tak zareagowałby dokładnie tak samo - odpowiedziała Nefi, spoglądając na mnie spod wachlarza czarnych jak heban rzęs. 
Siedziała po turecku na moim łóżku, kołysząc się w dźwięk muzyki. W radiu leciało właśnie When You're Evil Voltaire.
- Dimitry musi w końcu zrozumieć, że nie wszyscy mają ochotę tańczyć, jak im zagra. Myślę, że za bardzo się z nim cackasz - dodała po chwili, podnosząc się z miejsca i podchodząc do mnie. Zarzuciła mi ręce na szyję. Spróbowała mnie pocałować.
- Nef, nie powinniśmy - przystopowałem ją, odwracając głowę, choć wcale nie miałem na to ochoty.
- Dlaczego? - spytała naburmuszona, odsuwając się ode mnie. Na jej pięknej twarzy malowała się uraza.
- To, co robimy, jest nie w porządku wobec Dory... Jeszcze z nią nie zerwałem.
- Możesz to zrobić w każdej chwili - podsunęła mi.
- To nie takie proste, jak ci się wydaje - westchnąłem ze znużeniem, kręcąc głową. - Jej ciągle na mnie zależy. Nimfadora to twoja przyjaciółka, nie chcę jej zranić. Myślałam, że ty także będziesz miała przed tym opory.
- Miałam, nawet nie wiesz, jak długo próbowałam stłumić w sobie uczucie do ciebie, czekając aż wasz związek sam się rozpadnie, ale... - widząc moją minę, dodała szybko - Słuchaj. Wiem, że prawda może nieźle skomplikować naszą współpracę. Dora pewnie nie będzie chciała nas już znać, ale uważam, że im dłużej ją okłamujemy, tym gorzej.
- Może masz rację... Ech, mam tego wszystkiego dosyć - mruknąłem podirytowany, opadając na łóżko. Przeczesałem włosy dłonią. Miałem wrażenie, że sfrustrowany zaraz zacznę je sobie rwać. - Nie dość, że ścigamy kogoś, o kim dalej ne wiemy praktycznie nic, i zdradziliśmy się przed Łowcami, to jeszcze muszę się zastanowić, jak rozwiązać sprawę z Nimfadorą i znosić fochy Iwanowa . Ja zwariuję.
- Chwila... Jak to zdradziliście się przed Łowcami? - Nefertari zamrugała gwałtownie.
- Nie mam ochoty teraz o tym gadać, okay? - machnąłem ręką. - Ti długa historia.
- Ale musisz mi powiedzieć! Alex was przyłapał? A może to Claire...
- Nef, nie teraz. Błagam.
- No dobrze, już dobrze, tylko nie zapomnij mi powiedzieć - rzuciła, siadając koło mnie. Przesunęła swą delikatną dłonią po moim policzku. - Nie martw się. Nie ma rzeczy nie do przeskoczenia. Jakoś to wszystko sobie poukładamy. Verisseta prędzej czy później dorwiemy. Skurczybyk nie będzie wodził nas za nos w nieskończoność. Nimfadora... Jak ją znam wyznaczy cenę za nasze głowy, kiedy się dowie, ale potem, gdy ochłonie, wyjaśnimy jej, że to było silniejsze od nas... może zrozumie. A Dimitry? Przypomnij sobie, ile już razy skakał nam do gardeł, jak ten niekarmiony pies, a potem skruszony przychodził i przepraszał.
- Nie tym razem. Mam wrażenie, że została przekroczona pewna granica... 
- Czyli że zanosi się na długą i poważną rozmowę, jak mniemam?
- Dokładnie. Poczekam aż wróci i wtedy z nim pogadam. Spróbuję wytłumaczyć, że to co dla niego jest przekleństwem, dla innych jest darem.

Ale Iwanow nie wracał. Minęła godzina, potem kolejna i jeszcze następna, a ja czekałem. W końcu na zegarze wybiła druga. Środek nocy, a on wciąż nie wracał. Zaczynałem się martwić. Jasne, Dimitriemu już wcześniej zdarzało się znikać bez słowa na całą noc, a czasem nawet na kilka dni, ale... tym razem było inaczej. Czułem, że coś jest nie tak, że coś musiało się stać.
Gdy powiedziałem Nefertari o moich obawach, stwierdziła, że nie ma się co stresować. Na pewno Iwanow jest na polowaniu, lecz ja wątpiłem w ten scenariusz. Kiedy siódmy raz zadzwoniłem do niego i siódmy raz włączyła się poczta głosowa, postanowiłem go poszukać. Miałem nadzieję, że ten jeden jedyny raz moje złe przeczucia się nie potwierdzą, ale wolałem nie ryzykować. Jeśli faktycznie wpadł w jakieś kłopoty, musiałem go szybko znaleźć. I tak dość czasu straciłem siedząc bezczynnie.
Chwyciłem kurtkę i wymaszerowałem z pokoju, a Nef za mną. Ostrożnie przekręciłem klucz w drzwiach i schowałem go do kieszeni.
Przez chwilę zastanawiałem się, gdzie zacząć poszukiwania. U Nimfadory na pewno Dimitriego nie było, bo przecież nie mogliby swobodnie rozmawiać o czymkolwiek w towarzystwie Victorii. Poza tym, pan Darcy wyrzuciłby go za drzwi zaraz po wybiciu ciszy nocnej. W innych Internatach podobnie. Następnym pomysłem była szkoła. Może Dimitry chciał jeszcze raz przyjrzeć się miejscu zbrodni i na własną rękę szukał tropów? Lecz i tam go nie znaleźliśmy. Woźne na polecenie dyrektora zmyły napis i podłogę, ale niezbyt dokładnie; gdzieniegdzie dalej widniały krwiste plamki. Włóczyliśmy się z Nef po otaczającym Domy lesie. Postanowiłem, że jeśli tutaj także go nie znajdę, wezmę auto i zrobię rundkę po jego ulubionych lokalach w centrum Dark. Kluczyliśmy między drzewami, starając się ignorować przybierającą na sile ulewę. Długo nie mogłem złapać żadnego tropu, aż nagle wyczułem obecność czarnej magii. Jej kadzidlany odór unosił się w powietrzy. Ludzie naturalnie nie mogli go wyczuć, ale ja i Nefertari owszem. To była jedna z tych umiejętności, o które wzbogacali nas trenerzy w Zakonie podczas szkolenia. Podążyliśmy za zapachem, nawołując jego imię. Rozglądałem się dookoła i wtedy zobaczyłem to. Ciemny kształt, leżący na ziemi pomiędzy sosnami. Człowiek. Wampir. Dimitry. Nefertari biegiem rzuciła się w jego stronę, a ja za nią. Iwanow leżał przemoczony do suchej nitki. Bledszy niż zwykle, z ciemnymi sińcami malującymi się pod zamkniętymi oczami. Na szyi miał purpurowe ślady, zupełnie jak niedoszły wisielec. Z kącika sinych warg ciekła strużka krwi. Już zaschniętej. W głowie miałem jedną myśl. Verisset. To Verisset musiał go zaatakować. Po minie Nefertari zobaczyłem, że myśli dokładnie o tym samym.
- Dimitry - szepnąłem, padając przy nim na kolana - Dimitry, słyszysz mnie? - powtórzyłem raz jeszcze, potrząsając nim lekko. Jednakże Iwanow nie dawał znaku życia. To było u wampirów najgorsze. Ta niepewność, czy żyje, czy nie, dopóki się nie obudzą. Tylko dwie rzeczy mogły w takiej sytuacji pomóc. Czas i krew. Tego drugiego nie miałem albo raczej Dimitry nie miał, więc pozostawała tylko druga opcja. W kieszeni kurtki zawsze na wszelki wypadek nosiłem fiolkę z krwią. Wiele wampirów tak robiło. Przydawały się w awaryjnych sytuacjach, takich jak ta. Pospiesznie wyjąłem fiolkę i ją odkorkowałem. Następnie uniosłem delikatnie głowę przyjaciela i wlałem mu krew do ust, modląc się w duchu, by pomogło mu to wrócić do siebie.


 ***

//Dimitry//

Nie wiedziałem, co się ze mną działo. Otulał mnie chłód i ciemność. Mrok. Tylko to się teraz liczyło, tylko to istniało. Po głowie tłukła mi się jedna myśl, nawet nie moja własna, lecz podsuwana przez Verisseta. 
Po co zabijać szybko, skoro oczekiwanie w okrutnej niepewności na własną śmierć jest dużo lepsze? Moja ulubiona tortura...
Próbowałem ją od siebie odgonić, ale nie potrafiłem.
Wszystko się zmieniło, gdy w ustach poczułem słonawy smak krwi. Nie było jej dużo, lecz wystarczająco.Podziałała na mnie jak impuls elektryczny. Moje ciało dostało zastrzyk energii. Po raz pierwszy poczułem uderzające we mnie krople deszczu. Strasznie bolała mnie głowa, ale było to i tak delikatną pieszczotą zaledwie w porównaniu z tym, co czułem na prawym przedramieniu. Zupełnie jakby mą skórę palił żywy ogień, przenikający do kości. Uchyliłem powoli powieki, jeszcze zamroczony.
- Dimitry, dzięki Bogu! - usłyszałem znajomy głos i poczułem, że ktoś obejmuje mnie po bratersku. Gdy zobaczyłem, kto, błyskawiczni przyszło na mnie otrzeźwienie. Tristan. Wyrwałem mu się gwałtownie i poderwałem się na równe nogi. Obnażyłem krwi i syknąłem najgłośniej, jak tylko potrafiłem.
- Iwan, co z tobą...? - spytał zdumiony Schmidt, robiąc krok ku mnie.
- Zamiast na nas nastawiać, powiedz lepiej, co się stało - poprosiła Nefertari, lustrując mnie spojrzeniem.
- Nie zbliżaj się - wysyczałem, podnosząc z ziemi ułamaną gałąź i celując nią jak włócznią w pierś Tristana.- Miałem cię za przyjaciela, ty dwulicowy zdrajco.
- Dimitry... Ja ci nic nie zrobiłem.
- Widziałem cię. Nie udawaj niewiniątka, to twoja robota - warknąłem, podwijając rękaw. Dobrze wiedziałem, co pod nim zobaczę. Czarne, brodzące krwią znamię - Znak Verisseta.
Nefertari wydała z siebie zduszony okrzyk. Dobrze wiedziała, co ten symbol oznaczał. Był jak zaproszenie do krainy umarłych, jak zapowiedź śmierci. Mojej własnej. Tristan pobladł, gdy tylko go zobaczył. Odjęło mu mowę. - To ty mnie tu zwabiłeś. Jak mogłem tak długo dać ci się wodzić za nos?
- Dimitry, ale Tristan cały czas był ze mną... - powiedziała ledwie słyszalne Nefertari, spoglądając na mnie wielkimi z wylęknienia oczami. - Nie wychodził z Internatu od kilku godzin.
- Więc kto...?
- Nie wiem, Dimitry. Kimkolwiek była ta osoba, nie byłem nią ja.

MERIDIANE FALORI
_________________________________________
Cześć :) Przyznać się, kto się stęsknił za Dark? :D
Piszcie, czy wam się podobało i czy spodziewaliście się takiego obrotu spraw... Co sądzicie o scenie z rodziną Dimitriego? O Tomie, o Tristanie, co tu w ogóle jest grane? Śmiało możecie snuć swoje domyśły ;)

ZAPRASZAM DO ZALAJKOWANIA MOJEJ STRONY NA FACEBOOKU, ŻEBYŚCIE MOGLI BYĆ NA BIEŻĄCO ;)
Meridiane Falori [kliknij tutaj] 

17 komentarzy:

  1. Cholera! Cholera! Cholera! Skoćczyłam na tym, jak Dimitry skończył narratorować (jest takie słowo?), musze iść spać (egzaminy ;-;). Kutwa! Nie chcę, Meri, co ty tm robisz?! Dimitry ma być cały! Nimfadora tak samo! ;o Ja jutro tu wrócę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo jaa! *o* Pierwsza! Huehuehue, to nie zmienia faktu moich pogróżek (jakby co) ! XD

      Usuń
    2. Potem będzie jeszcze gorzej hahahaha 3:-)
      Powodzenia ;*

      Usuń
  2. Następny!!!! Ja żądać natępny!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. O lol :O
    Co tam się wyprawia :O
    Ten Verriset jest strasznie cwany...
    Najpierw przy Dimitrim "przebrał" się za Tristiana, a potem przy Nimfadorze za Tomma. :/
    Kimkolwiek on jest, jest to zło wcielone...
    O co chodzi z tą śmiercią od znaku? :O
    Co z Nim?!
    Dimitri ledwo co się wiwinął z tego jako wampir, a Dora?!
    Ona jest człowiekiem, z dodatkową mocą, ale jednak człowiekiem!
    Nefi & Tris <3
    Dimi & Dora <3
    Szkoda, że szyko tak się nie stanie :(
    A mogliby chodzić na podwójne randki :P
    Ale wracając do rozdziału...
    Tak wgl to co z Merywather'em? Miał zaraz wrócić...
    To tyle :P
    CZEKAM NA NEXT'a!!! :D
    SZYBKO!!! :D
    I nawet nie strasz, że będzie gorzej....
    Pozdrawiam <3 Pat ka <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest ten sam znak, który Tristan znalazła w kostnicy na ciałach poprzednich ofiar :) Ten, kto go nosi, nie pożyje długo ;) Przynajmniej w teorii.

      Cieszę się, że się podobało :D

      Usuń
  4. A ja pier papier 0.0
    Zatkalo mnie
    Eeeeeeeeee
    JA CHCE KOLEJNY NIE WYTRZYMAM TAK DLUGO!!!! :"""""(
    no dobra juz sie ogarniam
    super rozdzial G E N I A L N Y
    trzymajacy do konca w napieciu
    juz sie nie moge doczekac nastepnego
    czekam na cd zycze weny
    pozdrawiam wiedzme ;*
    ~ Verriset ^^ XD

    OdpowiedzUsuń
  5. OMG! Chyba najlepszy rozdział na tym blogu <3 a więc od początku: rozumiem Trisa i Nefi, że trochę wkurzyli się na Dimitriego, bo też nie lubię jak ktoś się wtrąca w moje sprawy :P ta scena z dzieciństwa: cudo <3 to było tak pięknie napisane, w takich momentach widać jaki Dimitry jest naprawdę, i takiego go lubię :D przy tych akcjach Verisetta - ZAWAŁ :P przez ciebie chyba nie zasnę w nocy :D ale błagam, niech Dora przeżyje! :( mam nadzieję że podobny los przybliży ja do Dimitriego :P (if you know what i mean:D) ciekawe jak potoczy się sprawa między Dorą a Nefi i Trisem, ale nie chcę żeby się przez to pokłócili :(
    po tylu makabrycznych rozdziałach daj może coś mniej emocjonujacego , np rozmowę Dory z Trisem :D pozdrawiam i życzę weny :*
    PS. do tej pory pisałam z anonima bo zapomniałam hasła do swojego konta :P w najbliższym czasie założe sobie nowe :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Nareszcie! <3 Martwię się o Dorę... :( Verisset potrafi przybierać różne postacie czy co? Jeszcze ta sprawa z Dorą Trisem i Nefi... Zwariować można. Nie chcę, żeby wszystko się między nimi popsuło. Ale jednak jest dla mnie pocieszeniem, że teraz Nim i Dimitri będą mogli być razem. :* Od początku na to czekam. A Scott gdzie zniknął?! Ta scena z dzieciństwa Dimitriego była taka słodka... Jednym słowem ŚWIETNE!!! Nie mogę się już doczekać następnego!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bosz! Czekałam tak długo na ten rozdział i doczekałam się zaskoczył mnie po całej linii. Uwielbiam ten rozdział *,* ;3 i twoją twórczość :*

    OdpowiedzUsuń
  8. chyba mnie zabiłaś na moment xd
    myślałam przez chwilę, że z Dimitra i Nim zrobisz normalnych ludzi bez mocy, i to mnie przerazilo xd
    czy to był Tom ? czy demon przybrał jego postać .... ciekawy ten wątek, jako że było o Tomi dość mało narazie xd
    nie Tris zerwie z Nim ! ale pewnie tego teraz nie zrobi, bo mu będzie jej szkoda, czy coś tam xd

    OdpowiedzUsuń
  9. Rozdział cudowny, jak zawsze. Przez chwilę myślałam, że mi Dimitriego uśmiercisz albo zamienisz w człowieka, Bogu dzięki, że nie. Mam totalnego mindfuck'a. Kto to był?
    Czekam na kolejny rozdział i życzę duuuużo weny. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo fajny rozdział. Boję się o Nim :( Pisz dalej. Tom jako potworek ? Nie to za proste...

    OdpowiedzUsuń
  11. Super rodział! Robi się coraz ciekawiej. Czekam na next :)

    OdpowiedzUsuń
  12. To jest świetne..
    Tylko tyle..
    Maya..

    OdpowiedzUsuń